
Dziennikarka “Nowej Gazety” Irina Chalip opowiedziała o pierwszych wrażeniach po wypuszczeniu na wolność.
Niemiecki dziennikarz Ingo Petz rozmawiał z żoną byłego kandydata na prezydenta Białorusi, Andreja Sannikowa.
Wywiad z Iriną Chalip opublikowano we Frankfurter Allgemeine Zeitung.
– W zeszły piątek sąd w Mińsku zwolnił Panią z kary po upływie odroczenia wyroku. Czy miała Pani nadzieję na wyjście z sądu jako wolny człowiek?
– W ostatnich latach zdobyłam nowe doświadczenie: w rzeczywistości białoruskiej nie wolno na nic liczyć, jeśli warunki dyktuje nie logika, a najniższe mieszanki psychologiczne nie można oczekiwać dobrych rezultatów. Należy być gotowym 24 godziny na dobę na dowolne niespodzianki, między innymi nieprzyjemne.
– Co było pierwszą rzeczą, która Pani zrobiła na wolności?
– Zaprosiłam wieczorem swoich przyjaciół do kawiarni. To był pierwszy wieczór, gdy nie musiałam gnać do domu, bo o 22.00 mogła przyjść milicja z kontrolą. Dlatego o 22:01 wypiliśmy za wolność. O 22:44 jedna z przyjaciółek powiedziała do mnie: «Czujesz? To już 44 minuty wolności!» To był wspaniały wieczór.
– Zatem dziś czuje się Pani wolna?
– Przede wszystkim, ja zawsze byłam wolna, nawet więzieniu. Wolności, która jest w nas nie można wybić pałkami ani poniżeniami. Po drugie, zewnętrznej wolności gwarantowanej przez konstytucję i prawo nie ma u nas i tak i w tym reżimie nie będzie. Każdy kto po wyroku znów wychodzi przeciw reżimowi, znów trafia za kratki. Nie mam złudzeń, że i tę stronę uda się nam przewrócić.
– W czasie trwania odroczenia w zasadzie żyła Pani w areszcie domowym. Jakie wówczas panowały warunki?
– Miałam przez dwa lata zakaz opuszczania Mińska. Każdy poniedziałek musiałam stawiać się do rejonowego oddziału milicji, żeby się podpisać. Po 22.00 nie mogłam wychodzić z domu. I byłam zobowiązana otwierać ilekroć w drzwi pukała milicja. Bywało, że milicja składała mi wizyty trzy razy tej samej nocy: o 22.00, o północy i o drugiej w nocy. Doskonale wiedzieli, że mam małe dziecko, które budzi się od hałasów w nocy. Zamienili nasze życie w piekło, udało im się pozbawić mnie spokoju i bezpieczeństwa w moich własnych czterech kątach.
– Czy będzie Pani kontynuować prace dla rosyjskiej «Nowej Gazety»?
– Szczerze mówiąc, nigdy nie przerywałam pracy dla «Nowej Gazety» – nie mogłam pracować tylko w trakcie tych pięciu miesięcy w więzieniu. Wówczas do Białorusi przyjeżdżali koledzy z Moskwy, żeby pracować za mnie. Tak będzie i teraz. Jeśli znów będą mnie próbowali izolować, ktoś z Moskwy przyjedzie i będzie pracować za mnie. I to będzie obywatel Rosji, z którym nie będą się już mogli obchodzić bezceremonialnie, jak ze mną. Będę dalej pracować. Nie powstała we mnie żadna cenzura wewnętrzna, jestem na to zbyt «dziennikarska», żeby w jakichś okresach wciskać hamulec.
– Mąż Pani, polityk opozycji i kandydat na prezydenta Andrej Sannikou, po uwolnieniu był zmuszony w zeszłym roku opuścić kraj i dziś mieszka w Londynie. Pani z synem mieszka w Mińsku. Jakie ma Pani plany na przyszłość?
– Miewaliśmy już trudniejsze przeżycia, gdy oboje siedzieliśmy w więzieniu i nie mogliśmy nawet korespondować. Czułam jednak wtedy zawsze, że jesteśmy razem. Teraz, gdy uda nam się spotykać, gdy w końcu będę mogła pojechać do męża, na pewno wymyślimy co robić i jak żyć. Wraz z synem, który przy naszym aresztowaniu miał trzy i pół roku. Warto nadmienić, że przez cały czas zachowywał się bohatersko, nie zważywszy na wiek.
– Czy wie Pani dlaczego ją uwolniono? Czy ma to jakiś związek z odnowieniem dialogu między UE a Łukaszenką?
– To pytanie zadawali mi po rozprawie najczęściej. Każdy tylko pyta: «A dlaczego Panią wypuścili?», a nikt nie pyta: «A dlaczego w ogóle Panią posadzili?». Zupełnie jakby posadzić mnie do więzienia, zamienić życie mojej rodziny w piekło i zabrać prawie trzy lata z mojego życia to norma. A tu oficjalnie mnie zwolniono z wyroku i jakoś to dziwnie wygląda, zupełnie jak część jakiejś rozgrywki politycznej.
belaruspartisan.org