Uladzimir Kobiec: „Sprawa patriotów” mogła zostać zawieszona na długo

Niedługo upłynie miesiąc odkąd pod zakazem opuszczania miejsca pobytu wyszli na wolność dwaj ostatni figuranci sprawy utworzenia nielegalnej formacji zbrojnej – Wiktar Maroz i Mirosłau Łazouski. Tymczasem sama sprawa nie jest zamknięta i rodzi się pytanie czy w ogóle dojdzie do sądu?

„Podczas Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE w Mińsku więźniowie polityczni nie byli nikomu potrzebni – mówi witrynie palitviazni.info Uładzimir Kobiec, który w 2010 roku kierował sztabem wyborczym kandydata na prezydenta Andreja Sannikaua i został wtrącony do więzienia, a po uwolnieniu wyjechał za granicę. – Władza wykorzystała więźniów politycznych jak towar. Bierzesz zakładników, a potem ich wypuszczasz i uzyskujesz całkiem realne profity”

Jak wcześniej informowali obrońcy praw człowieka, pod oskarżeniem z artykułu 287 Kodeksu Karnego (tworzenie nielegalnych formacji zbrojnych) znajduje się 16 osób. 14 z nich zostało zwolnionych w dniach 27 czerwca – 30 z aresztu MSW, a dwoje wcześniej z aresztu KGB: Andriej Bielawskij 2 czerwca pod zakazem opuszczenia miejsca pobytu i Jewgienij Pałtarżycki, który 19 maja został przeniesiony do aresztu domowego.

Początkowo wszyscy figuranci sprawy zostali aresztowani w sprawie karnej „o przygotowaniu masowych zamieszek”, dodatkowe oskarżenie na podstawie artykułu 287 kodeksu karnego „Tworzenie nielegalnej formacji zbrojnej” zostało im przedstawione później. Po tym, jak KGB umorzyło sprawę na podstawie części 3 artykułu 293 kodeksu karnego, pozostawali oni w areszcie na podstawie drugiego oskarżenia.

-“Zawieszanie” spraw politycznych stało się na Białorusi zwyczajem – powiedział Uładzimir Kobiec. – na przykład wciąż nie zamknięto sprawy o „masowych zamieszkach” z 19 grudnia 2010 r. Do tej pory oskarża się kandydata na prezydenta Alesia Michalewicza i seria aresztowań może rozpocząć się w każdej chwili.

To samo dotyczy „sprawy patriotów” – jest potrzebna jako mechanizm odstraszania, aby pokazać, że władza może i będzie bronić się wszelkimi sposobami, jak w czasach stalinowskich wymyślając fikcyjne organizacje i sprawy, do których może przypisać kogo zechce. Dlatego nie ma znaczenia, czy ta sprawa dojdzie do sądu. Tak czy inaczej władza rozwiąże sytuację i przykład Michalewicza jest tego potwierdzeniem.

Czy w „sprawie patriotów” decydujące było „głośne zdanie” Europy – przeprowadzenie w Mińsku Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE?

Zdecydowanie. Nikomu nie byli potrzebni więźniowie polityczni w trakcie międzynarodowego forum, na które Mińsk czekał tak długo. Władza, jak czyniła to już wcześniej wcześniej, używa więźniów politycznych jak towaru – biorą zakładników, następnie ich wypuszczają i otrzymują realne zyski.

Przez dziesięciolecia panowania w kraju reżim wiele się nauczył i nie zamierzał być marginalizowany na własnym terenie przez twardogłowych funkcjonariuszy. Jego logika jest inna – bardziej przebiegła i elastyczna. W innym wypadku władza nie mogłaby nawet marzyć o tym, żeby kwestia białoruska nie została uwzględniona w ostatecznej wersji dokumentu. Dlatego mistrzowski „benefis Woronieckiego” (przewodniczący międzynarodowej komisji „izba przedstawicieli”) był możliwy dzięki zwolnieniu wszystkich zatrzymanych w “sprawie patriotów”. Wprawdzie Jelenie Kupczinoj nie pozwoliło to na objęcie przewodnictwa OBWE, ale to już inna historia.

Jeśli sprawa zostanie “wygaszona”, co z tymi oskarżeniami, które już wybrzmiały?

– To oczywiste, że wszystkie zarzuty zostały wyssane z palca. Wszyscy to rozumieją. Jak władza może wybrnąć z tej sytuacji? Ewolucyjnie, jak powiedział minister Uładzimir Makiej na Kongresie Białorusinów Świata. Jeśli mamy naprawdę wprowadzić zmiany na Białorusi, należy spalić za sobą mosty i patrzeć w przyszłość. A przyszłość to europejska Białoruś – nasz wspólny, bezpieczny i przytulny dom, a nie trampolina do rosyjskiej agresji na Zachodzie, czy laboratorium Frankensteina, jakim kraj był od 1996 roku.

Należałoby przerwać i tę sprawę, i tę z 2010 roku. Nie ma sensu kombinować w celu zachowania twarzy. Nie ma już czego zachowywać, ponieważ wszyscy już wszystko rozumieją i nie warto tracić czasu na poważną analizę tego zbioru głupstw jak „szczura Sucharenki” w 2006 roku. Obecna władza, jak bardzo karykaturalna by nie była, jest odpowiedzialna za utrzymanie niezależności naszego kraju, i przejdzie do historii albo jako nikczemna i krótkowzroczna, która zgubiła kraj, albo jako taka, która wyrosła z dziecięcej choroby dyktatury i przy której zwyciężył białoruski duch i charakter. I jako taka, która ewolucyjnie odwiodła Białoruś od groźby utraty suwerenności na drogę samodzielnego rozwoju demokratycznego i zamożnego europejskiego kraju.

-Co jest potrzebne by do tego doszło?

W rzeczywistości nie aż tak dużo. Jak już wspomniano, konieczne jest zamknięcie wszystkich spraw karnych i polityczna wola rehabilitacji wszystkich uprzednio skazanych polityków i działaczy społecznych, gwarancja powrotu z zagranicy do wszystkich tych, którzy z powodów politycznych nie mogą lub boją się wrócić do kraju. Konieczne jest ogłoszenie okresu przejściowego, podczas którego władza zostanie stopniowo przekazana organom wybranym w swobodnych wyborach.

W Stanach Zjednoczonych istnieje takie pojęcie jak „ojcowie założyciele”. Coś podobnego można zrobić i u nas – program przejściowy mógłby zostać opracowany przez ludzi, którzy cieszą się dobrą reputacją i nie są zaangażowani politycznie. Musimy dać wolność mediom i wyznaczyć wybory parlamentarne pod międzynarodową obserwacją – całkowicie przejrzyste, raz na zawsze zamknąć temat „barszczu”. Albo delikatnie powrócić do konstytucji z 1994 roku i anulować „referenda” lub przeprowadzić nowe i ostateczne referendum w sprawie nowej konstytucji i innych kwestii, które parlament uzna za najistotniejsze. Konieczne jest również, aby odkryć prawdę o zaginionych przywódcach opozycji, bo później i tak zostanie przeprowadzone niezależne śledztwo – to zasadnicza kwestia, która nie może “ewoluować” w stronę zapomnienia.

Niektórzy z oskarżonych w „sprawie patriotów” opowiadają o torturach, podczas pobytu w areszcie, niektórzy milczą lub mówią, że nic takiego się nie stało. Czy pana zdaniem ludzie powinni szczerze opowiadać o torturach, jeśli miały one miejsce?

Dobrze znam ten dylemat z własnego doświadczenia. Ktoś, kto nie przeszedł przez to wszystko, nigdy nie zrozumie, o co chodzi. Dlatego dyskusja o tym, co powinni lub nie powinni robić ci, którzy wyszli zza krat jest nieodpowiedzialna i lekkomyślna. Ci ludzie potrzebują pomocy psychologicznej i terapii. Jednocześnie wciąż ciąży na nich status oskarżonych i zakaz rozpowszechniania informacji. Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw, ale każdy musi sam zdecydować, kiedy i w jaki sposób chce ją ujawnić.

Czy „sprawa patriotów” trafi do sądu?

Postępowania wobec niektórych podejrzanych w „sprawie patriotów” są umażane, a przewodniczący KGB oświadczył, że jest za wcześnie by stwierdzić, czy trafi ona do sądu. Jaki koniec końców będzie finał tej głośnej sprawy?

Władze chcą sprawę załagodzić”, – stwierdził w swojej opinii dla portalu palitviazni.info były kandydat na prezydenta Mikałaj Statkiewicz.

Aktywista Siarhiej Kulinicz otrzymał z KGB pismo z informacją, że prowadzone wobec niego postępowanie w sprawie organizacji masowych zamieszek zostało umożone. Wcześniej zawiadomienia o umożeniu w analagicznej sprawie odebrali młodzieżowi aktywiści Zmicer Daszkiewicz, Siarhiej Palczeuski i Raman Wasileu.

Jest za wcześnie, by mówić czy dojdzie do procesu”, – powiedział przewodniczący KGB Waleryj Wakulczyk, odpowiadając na pytanie dziennikarzy w kuluarach Izby Reprezentantów Zgromadzenia Narodowego Białorusi. – Doskonale państwo wiedzą, że zarzuty były poważne. Ci, wobec których nie było dowodów są niewinni i prowadzone przeciw nim postępowanie zostało umożone”.

Władze chcą sprawę załagodzić”, – mówi Mikałaj Statkiewicz. Należy pamiętać, w jaki sposób ona się w ogóle zaczęła. Wrzucili za kraty przypadkowych ludzi, nałapali ich, bo przecież trzeba było potwierdzać słowa swojego przywódcy, który oświadczył, że w kraju rzekomo są terroryści. A w najbliższym czasie spodziewany jest przyjazd ministrów spraw zagranicznych szeregu państw europejskich, od 5 lipca odbywać się będzie posiedzenie PACE [Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy – przyp. tłum.]. Poza tym trzeba się też dogadać z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Dlatego nie wykluczam, że na białoruskie władze stosowany jest obecnie pewien kuluarowy dyplomatyczny nacisk. Padają pytania: Co wy robicie? My prowadzimy z wami dialog, a wy poprzez polityczne aresztowania stawiacie nas w niezręcznej sytuacji. No i zaczynają sprawę po cichu zamiatać pod dywan”.

Jednak, według słów polityka, jeżeli któryś z podejrzanych przyznał się do czegoś, to sprawa może również w jakiejś formie trafić do sądu.

Jeżeli w trakcie procesu ktoś powie, że jego wcześniejsze zeznania były wynikiem tortur, to dla naszych sądów takie oświadczenia to tylko puste słowa – kontynuuje były więzień polityczny. – jeżeli ktoś podpisał zeznania, to dla sądu jest to już wystarczająca podstawa by wydać wyrok. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że do sesji Zgromadzenia Parlamentarnego wielu z tych, którzy jeszcze dzisiaj przebywają za kratami, zostanie uwolnionych, lecz niektórych mogą zatrzymać i sądzić”.

Zmicer Daszkiewicz: „liberalizacja” skończyła się, gdy tylko władza poczuła się zagrożona

Były więzień polityczny Zmicer Daszkiewicz opowiedział portalowi palitviazni.info o wyznaniu Siarhieja Palczeuskiego, sprawie „Białego Legionu” i presji wywieranej na świadome narodowo siły Białorusi.

Biorąc pod uwagę, że “sprawa patriotów” została już podniesiona przez media państwowe, można wnioskować, że sprawa nie rozwiąże się tak szybko, jak byśmy tego chcieli – mówi Zmicer Daszkiewicz – bez względu na wszystko ludzie jakiś czas będą musieli spędzić za kratami. Jak długo? Myślę że to będzie zależało także od nas – społeczeństwa obywatelskiego. Od tego, na ile skutecznie będziemy walczyć o uwolnienie tych ludzi…”

Przypominamy, że kilka dni temu w grupie Młodego Frontu na Facebooku pojawił się post aktywisty Siarhieja Palczeuskiego, który jest figurantem w “sprawie patriotów” a niedawno został zwolniony z więzienia. Palczeuski był szantażowany sprawą karną za wypadek drogowy, ale grożono mu także podaniem do publicznej wiadomości szczegółów jego życia intymnego. Pod pseudonimem “Artur” podpisałem dokument współpracy z KGB, zakładając, że po uwolnieniu przyznam się przyjaciołom. Dziś żałuję tego co zrobiłem przed Bogiem i ludźmi. Jeśli ktoś potępia mnie za to, co zrobiłem, uważam, że każdy ma do tego pełne prawo“- napisał działacz.

-Fakt, że Sarhiej Palczeuski opowiedział opinii publicznej o tym, co się wydarzyło – jest uczynkiem godnym odważnego człowieka – mówi Zmicer Daszkiewicz. – Przyznał, że zrobił coś takiego pod presją, ale mój osobisty stosunek do Siarhieja się nie zmienił. Był moim przyjacielem, kolegą i pozostanie nim. Będziemy nadal współpracować.

Jak wiadomo, niektórzy Młodofrontowcy już wcześniej podpisywali jakieś papiery, żeby ich przyjaciele mogli wyjść na wolność, ale o tym wszyscy wiedzieli. W przypadku Siarhieja wszystko odbywało się gwałtowniej. Ale co to zmienia, nawet jeśli ktoś coś podpisał? Osobiście, wewnątrz organizacji, nie widzimy w tym problemu. Ci ludzie nie robią żadnej krzywdy ani sobie, ani swoim przyjaciołom.

Na portalach społecznościowych oczywiście trwa dyskusja, pojawiają się komentarze, pisane z niewiadomych miejsc, ale taka sytuacja nie jest niczym nowym. Wielu politycznych aktywistów opowiadało już o podobnej presji i doświadczeniu, ale wszyscy oni spokojnie pracują. A w ogóle, łatwo jest komentować siedząc na kanapie. Ale gdy znajdujesz się w sytuacji, w której od kilku podpisów może zależeć  wyzwolenie człowieka, zaczynasz inaczej to traktować.

-Jeśli mówimy o „sprawie patriotów”, to jakie widzi Pan perspektywy?

Biorąc pod uwagę, że kwestia “sprawy patriotów” została już podniesiona przez media państwowe jako „likwidacja gangu” (przedstawiano „opowieści grozy”, pokazywano filmy o „bojownikach” i ich broni), można wnioskować, że sprawa nie rozwiąże się tak szybko, jak byśmy tego chcieli. Bez względu na wszystko ludzie jakieś czas będą musieli spędzić za kratami. Jak długo? Myślę, że to będzie zależało także od nas – społeczeństwa obywatelskiego. Od tego, na ile skutecznie będziemy walczyć o uwolnienie tych ludzi.

Istnieje opinia, że sprawę mogą „zamieść pod dywan”…

Całkiem prawdopodobne, na przykład, w odniesieniu do księdza Łazara lub analityka wojskowego Alesina również wszczynano procesy karne o szpiegostwo… Ludzie siedzieli, a następnie byli warunkowo wypuszczani – od lat nie ma sądów w tych sprawach, nie podjęto żadnych działań w tym kierunku.

Kiedy zostałem zatrzymany w związku ze „sprawą patriotów” dano mi do przeczytania pewne dokumenty. I to były puste papiery! Nie mogę sobie wyobrazić, jak na ich podstawie sprawa może zostać wniesiona do sądu. Nie wiem, jakie jeszcze mają dowody, ale powtórzę – to, co widziałem, jest po prostu niewiarygodne. W sądzie też śmiano by się z tego.

– Dlaczego, Pana zdaniem, uderzono w świadomych narodowo ludzi? Są za to odpowiedzialne białoruskie prorosyjskie służby mundurowe? Władze zdecydowały się dogodzić Moskwie? Albo po prostu zastraszyć społeczeństwo, kiedy ludzie zaczęli protestować?

Nie wierzę w żaden spisek. Mówią, że Łukaszenka nic nie wie, a siły bezpieczeństwa opracowały swój scenariusz i go realizują. To oszukiwanie samego siebie. Jest rzeczą znamienną, że najpierw z ust Łukaszenki padły słowa o kilkudziesięciu zatrzymanych, a dopiero potem ludzi zaczęto zatrzymywać. A zaledwie trzy dni później te dziesiątki ludzi były już za kratkami.

Władze obawiają się fali protestów, która rozpoczęła się na Białorusi. A jeśli masz fobię, że ktoś wykorzysta te protesty społeczne do przejęcia władzy, to ona da o sobie znać w czasie kolejnej czystki. Jednak, gdy wtrącani do więzienia są oponenci polityczni to jest to mniej więcej zrozumiałe. Ale w tym przypadku główni oskarżeni to ludzie świadomi narodowo, którzy pracowali w służbie publicznej. Dlatego, moim zdaniem, jest to zupełnie absurdalne i nie mam pojęcia, jak zostanie to przedstawione w sądzie.

Można było odnieść wrażenie, że władze ostatnio zaczęły troszczyć się o język, interes narodowy, aż tu nagle – taki cios w narodowych patriotów. Co się stało?

Sądzę, że białoruscy patrioci żyją według zasady „oszukać mnie nie trudno, sam chętnie się oszukuję.” Dzieje się tak, kiedy niektóre słowa ze strony władzy są postrzegane jako zmiana jej postawy.

Oczywiście, władze białoruskie były przestraszone wydarzeniami na Krymie i w pewnym sensie otworzono wówczas drogę patriotom. Wcześniej, gdy kilkadziesięciu Młodofrontowców spotykało się w ramach jakiegoś wydarzenia, natychmiast wrzucano nas do autozaków. Po Krymie mogliśmy nawet współpracować z „Wajarem”. Ale nic więcej. Gdyby władza naprawdę chciała podnieść poziom patriotyzmu w kraju i probiałoruskie nastroje, to wystarczyłoby pozwolić Lawonowi Wolskiemu albo Zmicerowi Wojciuszkiewiczowi występować na największych estradach w kraju. I nie potrzeba byłoby żadnej propagandy, muzycy sami podnieśliby poziom patriotyzmu.

Ale widzimy, że „liberalizacja” skończyła się, gdy tylko władza poczuła się zagrożona

Przed zatrzymaniem Młodofrontowcy dzielnie bronili Kuropat. Być może ze strony władz to była zemsta za to zwycięstwo?

Młodofrontowcom podczas przesłuchań wypominano wywieszanie biało-czerwono-białych flag w pobliżu KGB oraz wiele innych akcji … Znamienne, że tych sześciu mężczyzn, którzy pełnili wartę w Kurapatach aresztowano, kiedy rozpoczeła się „sprawa patriotów”. To mógł być znak dla wszystkich tych, którzy chcieliby przyłączyć się do ruchu narodowego, do nas. Ostrzeżenie, że jeśli będą zbyt aktywni, skończą tak samo. Ale nie sądzę, by ktoś dał się w ten sposób zastraszyć.

Siarhiej Czyslau: „Biały Legion” staje się dziś symbolem walki

Według informacji obrońców praw człowieka wobec kilku podejrzanych w „sprawie patriotów” przedłużono stosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania.

Docierały do nas informacje jakoby prezydent miesiąc temu powiedział: jeżeli nic nie znaleźliście to wypuszczajcie. Jednak ten wariant służbom specjalnym nie odpowiada”, – opowiadał portalowi palitviazni.info założyciel legendarnej organizacji „Biały Legion” Siarhiej Czyslau.

Na chwilę obecną tylko jeden z szesnastu przebywających w areszcie podejrzanych w sprawie „przygotowywania masowych zamieszek”, aktywista partii socjaldemokratycznej Siarhiej Kuncewicz nie został oskarżony z artykułu 287 KK (stworzenie nielegalnej formacji zbrojnej).

– Dlaczego, według pana, pojawiła się „sprawa patriotów” i co było dla niej głównym bodźcem?

– Tak naprawdę wariantów jest kilka. Pierwszym z nich była chęć powstrzymania fali wiosennych protestów. Aresztowanie patriotów było swoistym psychologicznym zagraniem w stosunku do Białorusinów, chociaż cały marzec cechował się niewspółmierną brutalnością. Widocznie w planach rządzących strategów był również taki scenariusz. I ludzie zaczęli się zastanawiać, bo do stracenia były już nie tylko pieniądze (a w końcu naród protestował przeciwko podatkowi od „pasożytnictwa”), ale także wolność, a może i zdrowie.

Drugi wariant dotyczy pracy rosyjskiego lobby wśród białoruskich specsłużb. Gdy tylko białoruski prezydent opowiedział się za koniecznością istnienia zdrowego patriotyzmu, napisania na nowo podręczników historii Białorusi, poczynając od Księstwa połockiego, w ciągu dosłownie trzech tygodni służby ulepiły „sprawę patriotów”, by zademonstrować prezydentowi, że nie są to ludzie z którymi warto się zadawać. W BT [białoruska telewizja publiczna – przyp. tłum.] od razu pokazali przecież skonfiskowane u patriotów „dobra”. Najwyraźniej zgarnęli wszystko, co specsłużby miały w magazynach, włącznie z naklejkami Antymajdanu. To samo z podejrzanymi w sprawie. Brali „legionistów”, chociaż sam „Biały Legion”, jako organizacja od 15 lat już nie istnieje. Wysyłali za kraty oficerów – byłych wychowanków oficjalnie zarejestrowanego klubu „Patriota”, a nawet zupełnie przypadkowych ludzi. Jednocześnie próby analizy działań władzy dają podstawy do podejrzeń o istnieniu jakichś „pomocników” z boku, którzy już dawno obserwowali tych samych oficerów – patriotów przez różne kanały kontaktu. W tym również przez portale społecznościowe. Oficerowie – patrioci byli demaskowani nie poprzez kanały kontrwywiadu wojskowego, a właśnie z pomocą otwartych źródeł informacji. Kryterium często były po prostu wyjazdy na Ukrainę – nawet jeżeli były to zwykłe wycieczki turystyczne do Lwowa czy trening w Karpatach.

I trzeci wariant – bodajże 23 marca prezydent oświadczył dziennikarzom, że nauczył się wygrywać wojny informacyjne. Dlatego nie można wykluczyć, że patrioci zostali wybrani przez władze na kozłów ofiarnych. I, zapewne, pewności tak zwanym „specom” dodawał fakt, że strona przeciwna nie ma nawet możliwości odpowiedzi.

– Jak dzisiaj przedstawia się realna sytuacja w tej sprawie?

– Wydaje się, że realnej sytuacji nawet same władze nie rozumieją. Docierały do nas informacje jakoby prezydent miesiąc temu powiedział: jeżeli nic nie znaleźliście to wypuszczajcie. Jednak ten wariant służbom specjalnym nie odpowiada. Muszą przecież wyjść z twarzą z tej sytuacji, dlatego coś będą wymyślać.

Obecnie jednym podejrzanym zmieniają środek zapobiegawczy na areszt domowy, a inni pozostają w areszcie śledczym… Czym to się zakończy? Niektórzy są zdania, że sprawa może zostać zamieciona pod dywan, bo protesty już się skończyły. Inni przepowiadają bardziej pesymistyczny scenariusz. Jaka jest pana wersja: co dalej?

– Według mnie, areszt domowy stosują wobec tych, których uważają za całkowicie złamanych lub tych, którzy „współpracowali” w śledztwie. Jest to między innymi środek psychologicznego oddziaływania na pozostałych: spójrzcie, jeżeli będziecie jak Jauhen Pałtarżycki to was też wypuścimy (to właśnie Pałtarżycki opowiadał o leśnej kryjówce „Białego Legionu” w programie Telewizji Białoruskiej, wyemitowanym pod koniec marca – przyp. autor). I to jest już sprawa samego Jauhena – czy dać się złamać do końca czy oświadczyć, że jego wypowiedzi były wymuszone naciskiem. Możliwe, że nie tylko fizycznym, ale i chemicznym.

Mikałaj Statkiewicz oświadczył, że niektórzy z chłopaków w czasie przesłuchań mogą wziąć na siebie winę. Słabym punktem w takim przypadku miałby być argument losu ich bliskich. Co pan o tym sądzi?

– Niestety, tak właśnie jest. Ci z patriotów, którzy od początku szli w zaparte dokładnie to usłyszeli – że a nuż żona będzie późno wracała z dzieckiem do domu…

Jak pan w ogóle ocenia całą tę sytuację?

– Wydaje mi się, że trwa degradacja służb specjalnych. Gdy wraz z Lazouskim zostaliśmy aresztowani w 2008 roku to takich metod jak podrzucanie broni czy stosowanie „eliksiru prawdy” jeszcze nie używano. Teraz jednak zmuszają do gry na swoich zasadach i uważają, że „nauczyli się wygrywać”. Tylko te swoje zwycięstwa odnoszą na wymyślonych przez siebie frontach.

– Jakie wnioski i lekcje można i trzeba wyciągnąć z całej tej historii?

– Władze odzwyczaiły się od tego, że ich działania tak czy inaczej mają pewne konsekwencje. „Biały Legion” (de facto zapomniany i dla współczesnej młodzieży nieznany i niezrozumiały) dziś staje się symbolem walki. Czego by propaganda nie wymyśliła i czego by nie pokazała, sami sączą do podświadomości obywateli Białorusi myśl: chcesz zmian – zakładaj swój Legion…

Wiaczasłaŭ Siŭczyk: W areszcie zwyczajnie znęcają się nad ludźmi

18 maja, po 15 dniach pozbawienia wolności w areszcie przy ulicy Akrescina w Mińsku, wyszedł na wolność lider Ruchu Solidarności „Razem” Wiaczasłaŭ Siŭczyk.

Byłem zmuszony do ogłoszenia głodówki, co w pierwszej kolejności związane było z nowymi porządkami, wprowadzonymi w areszcie w 2016 roku. Nie wpisują się one ani w prawodawstwo białoruskie, ani międzynarodowe. Dlatego te 15 dni były dla mnie dość trudne”, – opowiadał aktywista portalowi palitviazni.info.

Wiaczasłaŭ Siŭczyk został zatrzymany 3 maja po akcji w Borysowie. Sąd mińskiego rejonu Centralnego skazał go na 15 dni aresztu administracyjnego [rodzaj kary administracyjnej stosowanej w Rosji i innych krajach, w tym na Białorusi, polegający na przetrzymywaniu przez określony czas osoby, która dopuściła się wykroczenia administracyjnego, w izolacji od reszty społeczeństwa – przyp. tłum.]. Przez cały ten czas aktywista odmawiał przyjmowania pożywienia, na znak protestu przeciwko warunkom pozbawienia wolności.

– Niestety, w ciągu ostatnich 20 lat przyszło mi wielokrotnie trafiać za kraty na podstawie sprzecznych z prawem wyroków sądu, jednak po raz pierwszy zmuszony byłem do podjęcia w trakcie odsiadki głodówki – opowiadał portalowi palitviazni.info Wiaczasłaŭ Siŭczyk. – I to wszystko w sytuacji, gdy wcześniej sam niejednokrotnie odwodziłem od tego pomysłu naszych aktywistów, trafiających na Akrescina. Byłem zdania, że nawet jeżeli człowiek został wsadzony za kraty wbrew prawu, nie powinien niszczyć swojego zdrowia. Wcześniej nawet administracja zakładu, znając moją opinię w tej kwestii, niejednokrotnie pozwalała mi spotkać się z aktywistami, bym również z nimi podzielił się tą myślą.

Teraz zmuszony byłem do ogłoszenia głodówki, co w pierwszej kolejności związane było z nowymi porządkami, wprowadzonymi w areszcie w 2016 roku. Nie wpisują się one ani w prawodawstwo białoruskie, ani międzynarodowe. Dlatego te 15 dni były dla mnie dość trudne.

– A jak administracja zakładu odniosła się do pana głodówki?

Z absolutnym spokojem. Dopiero dziewiątego dnia przyszedł do mnie ktoś z personelu medycznego, by zmierzyć ciśnienie, a poza tym nic innego się nie działo. Mimo że głodowałem, moja cela była przepełniona. Było w niej, między innymi, wielu ludzi w starszym wieku, odbywających karę aresztu administracyjnego. Od 6 do 13 maja w mojej celi z sześcioma miejscami, przebywało siedem osób. Nadliczbowym zatrzymanym był 64-letni mężczyzna (najprawdopodobniej bezdomny), który dostał 32 dni aresztu. Rzadko korzystał z łazienki, dobywał się od niego nieprzyjemny zapach…

Warunki dla wszystkich były straszne. Do 13 maja miałem być na drugim poziomie, a nawet sobie nie wyobrażałem jak miałbym się tam dostać. W mojej obecności dwaj różni ludzie spadali z niego na podłogę, doznawali jakichś obrażeń.

Dokuczają nawet drobiazgi. Na przykład, dają tylko prześcieradło i do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego stosują takie zasady. Bo można rozścielić prześcieradło na materacu, ale wtedy nie ma się już czym przykryć.

Wypuszczali też na spacery, ale dopiero po tym, jak na wolność wyszedł Paweł Sewiaryniec i Maksim Winiarski. O ile dobrze zrozumiałem, opowiedzieli oni w jakich warunkach w areszcie przetrzymywani są ludzie i wtedy nas na godzinę wyprowadzono na spacerniak. Zazwyczaj spacery nie odbywają się regularnie, a ci, którzy za nie odpowiadają, czują się najwyraźniej wszechwładni. Często im się po prostu nie chce wyprowadzać ludzi, by odetchnęli świeżym powietrzem, bo raz nas wyprowadzali na zewnątrz 8 maja, a kolejny dopiero po trzech dniach. Na dodatek, 90% klientów zakładu pali, dlatego cały spacerniak podczas przechadzki zamienia się w jedną wielką chmurę dymu.

– Wiele osób skarżyło się również na złe warunki sanitarne…

– To jeszcze pozostałość dawnych czasów. Co prawda, o ile kiedyś administracja zakładu jeszcze choć trochę z tym walczyła, to teraz takich działań z ich strony nie widziałem. Jest to dostrzegalne nawet w tym, w jaki sposób rozmieszczają po różnych celach bezdomnych. U mnie na przykład, z początku byli w celi zwyczajni ludzie, ale potem umieszczono trzech bezdomnych. O ile wiem, robili tak we wszystkich celach, w których siedzieli polityczni.

I nieoczekiwanie dla mnie pojawił się jeszcze jeden problem, którego do tej pory nie było. Wcześniej administracja aresztu pilnowała, by ludzie się myli. Obecnie z prysznicami jest bardzo ciężko.

Poza tym, mój adwokat, który również jest urzędnikiem państwowym, około pięciu razy próbował się do mnie dostać, jednak nie udało mu się to. Nie wpuszczono go. Panuje tam bardzo surowa izolacja zatrzymanych, chociaż przecież ludzie ci mają prawo do obrony.

A najmniej zabawną kwestią w czasie odsiadki jest to, że oficerowie prowadzący tę instytucję, po prostu zabierają z cel długopisy i ołówki. Zapewne bali się pisania skarg. Na moje żądania, by jawnie naruszający prawo funkcjonariusze przedstawili się, ci odpowiadali: Iwan Iwanowicz Iwanow. Oznacza to, że ci „klawisze” doskonale wiedzą, że mogą swoimi buciorami deptać przepisy prawa i nie poniosą za to żadnej odpowiedzialności. Pensja tak czy siak leci.

Czy takie problemy są stwarzane umyślnie?

– Sądzę, że umyślnie, co więcej jestem przekonany, że wszystko zostało wcześniej zaplanowane, tak by poznęcać się nad ludźmi. Władza w takim stopniu oderwała się od narodu, że uważa że wszystko jej wolno. Dlatego nawet areszt administracyjny oznacza znęcanie się – o czym powinniśmy głośno mówić. I powinni opowiadać o tym nie tylko ci, którzy tam byli, ale także obrońcy praw człowieka.

A priori jasnym jest, że wszystkie te wyroki sądów są sprzeczne z prawem, jesteśmy świadkami łamania przepisów, a warunki pozbawienia wolności naruszają wszystkie wypracowane w XX w. konwencje międzynarodowe.

– Przez pewien czas władze nie stosowały wobec swoich oponentów kary krótkoterminowego pozbawienia wolności, a wyroki sądów ograniczały się przeważnie do nakładania grzywny. Obecnie praktyka zatrzymywania ludzi powróciła. Czy można porównywać te dwie formy represji?

– I jedno i drugie jest złe, bo nie ma nic wspólnego z prawem. I jeżeli byłaby odpowiednia reakcja na sprzeczne z prawem kary pieniężne, nie byłoby teraz żadnych zatrzymań. A z jakichś przyczyn społeczeństwo doszło do wniosku, że grzywny to coś lekkiego i znośnego. To jednak nie tak. Kary pieniężne też sprawiały ludziom wiele kłopotu. I właśnie w taki sposób dobrnęliśmy do zatrzymań.

Czy ciężko było wytrzymać głodówkę?

– Ten bałagan, który zrobili na Akrescina akurat w tym pomagał. Nie było czasu na rozluźnienie.

Wiaczasłau Kasinierau: Odsiadki za własne poglądy się nie boję.

W zeszłym tygodniu [tj. w połowie kwietnia – przyp. tłum.] więźniowi politycznemu Wiaczasławowi Kasinierawowi zmieniono stosowany środek zapobiegawczy w postaci dozoru na zakaz opuszczania kraju. 27 kwietnia w sądzie rejonu moskiewskiego w Mińsku rozpocznie się proces w sprawie aktywisty.

W przededniu procesu Wiaczasłau Kasinierau opowiedział portalowi palitviazni.info o swoim zatrzymaniu, pobycie w areszcie śledczym i perspektywach procesu.

Przypomnijmy, że Wiaczasłau Kasinierau jest oskarżony o popełnienie przestępstwa z art. 339 ust. 1 Kodeksu Karnego (chuligaństwo) za przeprowadzenie 12 marca 2017 r. pod budynkiem MSW performancu, w trakcie którego zarzucił na szyję stojącęgo tam pomnika stójkowego [funkcjonariusz policji niższej rangi w Imperium Rosyjskim – przyp.tłum.] pętlę, wyrażając w ten sposób sprzeciw wobec samowoli milicji i prześladowaniu aktywistów ruchu anarchistycznego za udział w pokojowych akcjach protestu.

Organizacje broniące praw człowieka wystąpiły z wnioskiem o uznanie Wiaczasława Kasinierawa za więźnia politycznego i wezwały władze Białorusi do zamknięcia śledztwa i natychmiastowego uwolnienia aktywisty.

Czy było dla pana niespodzianką aresztowanie za performance?

Nie, ponieważ byłem świadomy, że może się to tak skończyć. Niespodzianką był jednak artykuł, z którego zostałem oskarżony, bo z grubsza orientowałem się w przepisach prawa. Szczególnie dotyczy to akcji, w których biorę udział. Dlatego, kiedy mnie zatrzymali jako przestępcę kryminalnego, było to dla mnie dziwne. Na pewno jednak się nie przestraszyłem.

Jakie warunki panowały w areszcie i jak odnosili się do pana funkcjonariusze?

– W areszcie siedziałem w tak zwanej „press-chacie” [press-chata w żargonie oznacza celę, w której administracja aresztu z pomocą współpracujących z nią innych więźniów stwarza „niewygodnemu” więźniowi trudne do wytrzymania warunki – przyp.tłum]. Na spacerniaku, gdzie mogłem zobaczyć się z przyjaciółmi (po zatrzymaniach 15 marca) mówili mi, że wszystkich moją celą straszono. Nierzadko w ciągu dnia zabierali mi materac, a na pytanie dlaczego to robią, odpowiadali coś w rodzaju „to tajne polecenie kierownictwa”.

Poza tym, specjalnie umieszczali po 8-9 osób w celi przeznaczonej na 4 miejsca. A pewnej nocy w ogóle znalazło się w celi 10 osób. Na dodatek później zaczęli sadzać w celi ludzi, którzy na wolności żyli, jak to mówią, „bez stałego miejsca pobytu”. Na inspekcjach milicjanci teatralnie kręcili nosami, zakładali na twarze maseczki chirurgiczne i rękawiczki. Robiło im się niby niedobrze, kiedy wchodzili do celi, bo panował tam nieprzyjemny zapach. Chociaż ja im mówiłem, że to raczej po ich wizytach trzeba wietrzyć celę.

Co pan w ogóle sądzi o całej tej sprawie i jej sądowych perspektywach?

– Osobiście mam wrażenie, że chodzi o zemstę. Zemstę za jakąś osobistą krzywdę tej części naszego społeczeństwa, którą minister spraw wewnętrznych określił mianem „najsilniejszego argumentu władzy”. Krótko mówiąc – milicja czuje się urażona. Oni postawili totem, a ja miałem czelność podnieść na niego rękę.

Co zaś się tyczy kwestii procesowych, to dla mnie najważniejsze jest to, że wyraziłem swoją opinię i bez względu na naciski, groźby i pozbawienie mnie wolności, nie porzuciłem swojego stanowiska, udało mi się przekazać kolegom i zwolennikom myśl o tym, że nie trzeba się bać odsiadki w obronie własnych poglądów. Warto w każdych warunkach i każdej sytuacji zachować godność. Cieszę się, że mam tak wielkie wsparcie ze strony swoich przyjaciół, bliskich i społeczeństwa.

Dlatego, szczerze mówiąc, nie denerwuję się wyrokiem sądu. Jestem przygotowany na wszystko, dla mnie najważniejsze teraz jest to, że postąpiłem słusznie. I jestem gotowy za to zapłacić, ponieważ mam świadomość, że niestety wolność słowa w tym kraju nierzadko wiąże się z więzieniem i represjami.

Co się kryje za „sprawą patriotów”?

Obrońcy praw człowieka dysponują obecnie wiedzą o 21 zatrzymanych figurantach sprawy dotyczącej „przygotowywania masowych zamieszek”, wszczętej na podstawie ust. 3 art. 293 kodeksu karnego. Osiemnastu z nich przedstawiono akt oskarżenia. Sprawa ta nazywana jest również „sprawą patriotów”.

Mam wrażenie, że cała ta sprawa stanowi część jakiejś większej prowokacji, do której, dzięki Bogu, nie doszło”– powiedział portalowi palitviazni.info były więzień polityczny i jeden z liderów opozycji Mikałaj Statkiewicz.

Przypominamy, że ust. 3 art. 293 KK „masowe zamieszki” brzmi następująco: „Szkolenie lub inne przygotowywanie osób do udziału w masowych zamieszkach, któremu towarzyszy podjęcie czynności, wymienionych w ust. 1 niniejszego artykułu, a także finansowanie lub inne wsparcie materialne tego typu działalności”.

Na mocy tego artykułu figurantom sprawy grozi zatrzymanie na okres do sześciu miesięcy lub pozbawienie wolności na okres do trzech lat.

W roku 2010 w więzieniu KGB pokazywano mi zdjęcia broni, którą rzekomo znaleziono w biurze w moim biurku, – napisał na swoim profilu w portalu społecznościowym były kandydat na na prezydenta Uładzimir Niakliajeu. Kilka granatów, dwa pistolety… poprosiłem prowadzącego śledztwo, by przyniósł na przesłuchanie jeden z pistoletów. Nie przyniósł… Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że KGB ciągle lepi „sprawę bojowników”, członków nieistniejącego „Białego Legionu”, u których rzekomo także znaleziono jakąś broń. I obawiam się, że po rozmowie z Putinem, w której Łukaszenka oświadczył, że „nie dadzą nam spokojnie żyć”, sprawę ulepią. Posadzą niewinnych ludzi, choć dowody w tej „sprawie”mają takie, jak niegdyś mój śledczy”.

– Uważam, że w tej sprawie władze niczego nie mają – dodaje Mikałaj Statkiewicz. – Ją można jedynie sfingować. Na przykład, w BT pokazali Siarhieja Kuncewicza, który jest w tej sprawie oskarżony, oraz samochód, w którym znaleźli butelki z jakąś cieczą. Jednak istnieje wideo, które nagrał nieznany mi człowiek. Na nagraniu tym te same „koktajle” wynoszone są najpierw z milicyjnego autobusu. Dlatego wszystkie te informacje przekazaliśmy delegacji UE, Europarlamentu, jak również wszystkim europejskim partiom socjaldemokratycznym i międzynarodowemu zrzeszeniu – Socjalistycznej Międzynarodówce. Wspólnota międzynarodowa powinna wiedzieć, do jakich metod zniżają się białoruskie władze. W ogóle, mam wrażenie, że cała ta sprawa stanowi część jakiejś większej prowokacji, do której, dzięki Bogu, nie doszło.

Jak według pana będzie się rozwijać ta sprawa?

– Sądzę, że jeżeli ludzie trochę zapomną o tych filmach i o tej histerii, kiedy władza również zdecyduje się uspokoić, to figurantów sprawy też zaczną po cichu wypuszczać.

– Jakie są na Zachodzie reakcje na to wszystko? Czy zostało przyjęte w tej sprawie jakieś stanowisko, czy na razie zdecydowano się nie psuć stosunków z oficjalnym Mińskiem?

Zachodni urzędnicy bardzo żałują swoich starań nad nawiązaniem dialogu z Mińskiem, dlatego ci, którzy te mosty budowali, powinni teraz się z tym pogodzić, choć wielu z nich wyraża szczere oburzenie. Jeżeli 1 maja, w dniu, w którym planujemy kolejną akcję, władze pozwolą sobie na coś podobnego, jak 25 marca to polityka Zachodu wobec Białorusi może się momentalnie zmienić. Ale przynajmniej w takiej sytuacji ani nasze dzieci ani wnuki nie będą musiały spłacać zachodnich kredytów – bo władze białoruskie po prostu ich nie dostaną.

Juryj Rubcou: Normalnie żyć na Białorusi już mi nie pozwolą

Były więzień polityczny Juryj Rubcou, który poprosił o azyl polityczny w Niemczech, w wywiadzie dla portalu palitviazni.info mówi o swoim życiu za granicą, a także o tym,  czy możliwy jest jego powrót na Białoruś.

“Oczywiście, chciałbym wrócić do domu, ale jednocześnie rozumiem, że normalnie żyć w tym kraju już mi nie pozwolą. Przypomną sobie o przeszłości i o emigracji. Żyć pod groźbą ciągłych represji? Osobiście się tego nie boję, ale w takiej sytuacji w pierwszej kolejności należy zadbać o rodzinę “- mówi rozmówca.

Przypomnijmy, że pochodzący z Homela Juryj Rubcou zdobył sławę jako “człowiek-koszulka”. Na uliczne akcje opozycji w Mińsku przychodził w koszulce z hasłami politycznymi. Wśród nich, najbardziej znany był slogan “Łukaszenka, odejdź!”. W październiku 2014r. Rubcou został skazany na dwa i pół roku pozbawienia wolności w zakładzie karnym typu otwartego, będąc oskarżonym o obrazę sędziego. Rubcou odmawiał pracy na “chemii”, domagając się godziwych płac i głodując. Zrobił sobie tatuaż na klatce piersiowej z napisem: “Łukaszenka, odejdź”.

28 maja 2015 roku Rubcou został skazany na dwa lata  kolonii karnej. 22 sierpnia wśród innych więźniów politycznych został ułaskawiony na mocy dekretu Aleksandra Łukaszenki. Po ułaskawieniu zdecydował się poprosić o azyl polityczny w Niemczech.

W Niemczech żyje Pan już około roku. Jakie są Pana wrażenia po tym czasie?

W tym czasie zobaczyłem i odczułem zupełnie inny stosunek do ludzi, zarówno ze strony urzędników i zwykłych obywateli. Dowiedziałem się, że Niemcy pracują o wiele mniej  niż na Białorusi przy dość wysokich zarobkach. Jednak apetyt, jak mówią, rośnie w miarę jedzenia, dlatego nie wszyscy obywatele Niemiec są zadowoleni z takich płac. Ktoś uważa, że to za mało, ktoś inny – że podatki są zbyt wysokie.

Zauważyłem też, że w przeciwieństwie do Białorusi, w Niemczech prezesi firm praktycznie nie mają osobistych kierowców czy sekretarek. Nawiasem mówiąc, wydajność pracy w Niemczech (przynajmniej w tych przedsiębiorstwach, które odwiedziłem) nie jest dużo wyższa niż na Białorusi, a ludzie pracują po siedem godzin dziennie. Wykorzystuje się zaawansowaną technologię, chociaż przy pracy korzysta się z prostych narzędzi. Ale jednocześnie zwraca się na uwagę na to, by w pełni wykorzystać potencjał pracy. Nikt nie będzie tutaj stał bezczynnie i palił papierosa. W sklepach, na przykład, nie ma specjalnych ludzi zajmujących się wyładunkiem towaru. Kierowcy sami ładują towary na ciężarówki i przywożą do sklepu, gdzie następnie towary są wykładane na półki przez sprzedawców. W ogóle, pracodawcy nie zatrudniania niepotrzebnych osób. Istnieją nawet takie firmy zatrudniające ludzi, którzy mogą być wynajmowani przez inne firmy, kiedy na przykład ktoś z ich pracowników zachoruje. Nie spotkałem się w Niemczech z tym, żeby firma zatrudniała sprzątacza na cały dzień. Istnieją firmy konsultingowe, które na zamówienie wysyłają swoich pracowników do sprzątania na 2-3 godziny lub trzy razy w tygodniu. Innymi słowy, gospodarka powinna być oszczędna.

Jaki ma pan teraz status?

Na razie nie wiem, jaki jest mój status. Przeszedłem wszystkie rozmowy, a teraz czekam na odpowiedź lokalnych władz. Nadal mieszkam z żoną w Norymberdze. Mamy mały 11-metrowy pokój oraz pomoc socjalną w wysokości 575 euro na nas dwojga.

Utrzymuje pan kontakt z bliskimi, którzy zostali na Białorusi?

Za pośrednictwem internetu.

I nie ma pan ochoty wrócić do domu, podobnie jak inni emigranci polityczni Wiaczesłau Siuczyk lub Aleś Michalewicz?

Oczywiście, chciałbym wrócić do domu, ale jednocześnie rozumiem, że normalnie żyć w tym kraju już mi nie dadzą. Przypomną sobie o przeszłości i o emigracji. Żyć pod groźbą ciągłych represji? Osobiście się tego nie boję, ale w takiej sytuacji w pierwszej kolejności należy zadbać o rodzinę

Czy ludzie Niemczech są świadomi tego, jaka sytuacja panuje na Białorusi?

Dziwi fakt, jak wielu Niemców nie może zrozumieć, że na Białorusi (i w Rosji) przepisy są tworzone wyłącznie w celu przedstawienia ich społeczności międzynarodowej. A w rzeczywistości Białorusini i Rosjanie żyją według zasad, które są ustanowione przez władzę. Mamy dekret o “darmojedach” – i udowadniaj, że nie jesteś wielbłądem. Tak zadecydowała władza. I nie wykluczam, że niedługo mogą wprowadzić także podatek dla rodzin “darmojedów”.

Niemcy nie mogą zrozumieć wielu rzeczy, i nie ma sensu ich za to winić. Ludzie mają tutaj zupełnie inną mentalność. Wierzą, że jeśli jakieś prawo istnieje, to jest ono sprawiedliwe, i że musi być przestrzegane. Rozmowy z nimi cechuje zupełnie inna logika.

Obecnie obserwujemy ocieplenie stosunków europejsko-białoruskich…

To fakt, który bardzo łatwo można wyjaśnić. Pomimo tego, że wszyscy wiemy, jak liczone są głosy na Białorusi, Alaksandr Łukaszenka sprawuje dziś rzeczywistą władzę. I ta władza także rozumie, że jeśli żyjesz na granicy Europy, to z sąsiadami trzeba w jakiś sposób współpracować. Zachód z kolei jest zainteresowany w tym, żeby sojusz białorusko-rosyjski się nie umacniał. Europa może i rozumie, że władze białoruskie są całkowicie w rękach Kremla, ale stara się przynajmniej w jakiejś małej części stworzyć przeciwwagę dla Moskwy. Być może to błąd, a być może nie. Czas pokaże.

Zresztą, białoruskie władze same są winne sytuacji, kiedy Putin może poprzez ekonomiczny nacisk wykręcać ręce Mińskowi. Podczas gdy wzmacniano dyktaturę w kraju, zbudowaną na mocy siły i strachu, gospodarka powoli była zakopywana. Możliwe, że nie obeszło się bez pomocy zwierzchników resortu siłowego, spośród których wielu, jak sądzę, pracuje na zlecenie Moskwy. Gospodarcze wchłonięcie kraju pociąga za sobą wchłonięcie polityczne. Nie wymaga to żadnej okupacji przez wojsko. Sami wszystko oddadzą i za niewielką cenę.

W tej chwili w kraju jest jeszcze kilku więźniów politycznych. Pana zdaniem, dlaczego władze utrzymują taki „niebezpieczny towar” w warunkach ogólnego ocieplenia stosunków z Zachodem?

Więźniowie polityczni są potrzebni przede wszystkim władzy, by utrzymać strach przed strukturami siłowymi i przed wiezieniem, gdzie celowo stwarza się trudne warunki dla więźniów politycznych. Strach i nędza ludzi – na tym w tej chwili opiera się władza białoruska

Anatol Labiedźka: Władza czasem musi wyciągać trupy ze starej szafy

labiedzka-photoPrzewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Anatol Labiedźka, który po wydarzeniach z grudnia 2010 roku przebywał w areszcie KGB, wspomina te dni, a także mówi o aktualnym stanie represji w kraju, więźniach politycznych i “poziomie strachu”.

Podczas “Ploszczy 2010” władza pokazała swoje możliwości a społeczeństwo złapało wirus strachu, który mieszka w większości ludzi do dnia dzisiejszego – powiedział polityk portalowi palitviazni.info.

Anatol LABIEDŹKA. Urodził się 27 czerwca 1961. Białoruski polityk, przewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.

Wiele razy trafiał do więzienia za udział w nielegalnych protestach i marszach. Jedno z aresztowań Labiedźki miało miejsce na krótko po tym, jak wystąpił w Senacie Stanów Zjednoczonych i na spotkaniu OBWE w październiku 1999 roku, wzywając do wprowadzenia sankcji wobec przywódcy kraju. Kilka razy był oskarżony o szkalowanie prezydenta, został również pobity przed swoim domem przez zamaskowanych mężczyzn.

Po wyborach parlamentarnych w październiku 2004 roku, które były połączone z referendum, dotyczącym pozwolenia Aleksandrowi Łukaszence na ubieganie się o trzecią kadencję, Anatol Labiedźka, wraz z innymi przywódcami opozycji, 18 i 19 października wyprowadził około trzy tysiące demonstrantów na ulice Mińska. Oskarżali rząd o fałszowanie wyników wyborów, które zostało również odnotowane w sprawozdaniach obserwatorów OBWE.

Drugiego dnia protestu, 19 października, Labiedźka został aresztowany wraz z dwoma innymi przywódcami opozycji – Mikołajem Statkiewiczem i Pawłem Sewierincem. Podczas aresztowania, Anatol Labiedźka został ciężko pobity przez milicję, a następnie przewieziony do szpitala z urazami czaszki, połamanymi żebrami i obrażeniami wewnętrznymi.

W nocy z 19 na 20 grudnia 2010 roku został porwany przez nieznane osoby ze swojego mieszkania. Następnie był przetrzymywany w  więzieniu KGB pod zarzutem organizowania masowych zamieszek.

11 stycznia 2011 Amnesty International uznało Labiedźkę za więźnia sumienia. W kwietniu 2011 roku został zwolniony.

Jak na dzień dzisiejszy ocenia Pan poziom represji w kraju?

Powiem tak: okrucieństwo zmalało, ale wzrosła intensywność

Dziś te sposoby represjonowania, które władze wykorzystują przeciwko działaczom (w większości to grzywny), niektórzy nazywają manewrami

W zależności od tego, w stosunku do kogo są stosowane. Jeśli w odniesieniu do konkretnego człowieka, to jak mówią, co na twarzy to i na potylicy. Na to wygląda. W odniesieniu do całej reszty – to taka warunkowa kazuistyka. Represje jako narzędzie do rozprzestrzeniania  wirusa strachu nie zniknęły. Oznacza to, że sedno problemu pozostaje niezmienne.

19 grudnia minie sześć lat od wydarzeń Ploszczy 2010. Po nich widzieliśmy masowe aresztowania, procesy sądowe… Czy wyciągnięto jakieś wnioski z tych wydarzeń?

Niestety temat Ploszczy 2010 nie został zbadany wystarczająco głęboko. Na Białorusi wielu ludzi tytułuje się naukowcami czy politologami, ale wszystko sprowadza się do swego rodzaju publicystyki.

Ale wydaje mi się, że społeczeństwo dopiero teraz doszło do siebie po tych wydarzeniach. Na przykład, pewne protesty uliczne w kraju miały miejsce cztery lata po Ploszczy 2010. Tym niemniej, władza sześć lat temu zademonstrowała, do czego jest zdolna a społeczeństwo zostało zainfekowane wirusem strachu, który w większości ludzi mieszka do dziś.

 

Ale mimo wszystko, czego Pana zdaniem nauczyła nas Ploszcza 2010?

Lekcję pierwszą mogliśmy odrobić jeszcze w tych latach. Mam na myśli fakt, że nie przyjadą tutaj żadni budowniczowie przyszłości z Polski, Litwy, Czech czy Niemiec. Białoruś to nasz kraj i nasza odpowiedzialność. Trzeba przede wszystkim liczyć na swoje zdolności, możliwości, swoje siły i środki. Za nas nikt niczego nie zrobi.

Drugą rzeczą, która dała się odnotować jest fakt, iż władze są gotowe posunąć się do brutalnego działania by uporać się ze swoimi problemami. I te problemy to nie gospodarka i nie nowe miejsca pracy, a właśnie władza, którą trzeba utrzymać wszelkimi dostępnymi środkami.

Dlatego wciąż utrzymuje się trend policyjno-siłowy. Nie stawiamy na edukację i inwestycje, a na resort siłowy. Tak było już wcześniej i to zostało do tej pory.

Czy temat więźniów politycznych jest wciąż aktualny na Białorusi?

To zależy od tego, o czym mówimy,  bo Białoruś to około 10 milionów ludzi. Jeśli weźmiemy pod uwagę aktywnych politycznie ludzi, to dla nich ten temat istnieje. Ale dla tych Białorusinów, którzy codziennie myślą o tym, jak przetrwać (a takich jest większość), kwestia więźniów politycznych nie ma znaczenia. Czasem nawet kwestia własnej godności nie ma znaczenia.

A dla władz obecność w kraju więźniów politycznych to problem, który pojawia się okresowo. Z jednej strony więźniowie polityczni są potrzebni, żeby utrzymać określony poziom strachu w społeczeństwie, a z drugiej strony to utrudnia współpracę z Zachodem, a w szczególności zaciąganie kredytów.

Kiedy za kratami byli liderzy opozycji, ta kwestia była stale poruszana przez zachodnich polityków. Dziś więźniami są ludzie, którzy nie mają za sobą głośnej kariery politycznej – emeryt Aleksander Łapicki, który w swoich artykułach krytykował urzędników, obrońca praw człowieka Michał Żemczużny, Władimir Kondruś który jest w więzieniu na skutek wydarzeń Ploszczy 2010. Czy Zachód jest dziś gotowy bronić tych ludzi?

Kwestia więźniów politycznych zawsze była poruszana w środowisku międzynarodowym, niezależnie od tego, kto znajdował się za kratami. Chociaż, oczywiście, kiedy represjonowani są bardziej znani ludzi to oddźwięk jest odpowiednio większy.

Inną rzeczą jest to, że zmieniła się ogólna tendencja relacji w stosunkach z władzami białoruskimi. W podstawie nowej strategii Europy leżą jej własne interesy. Przede wszystkim – bezpieczeństwo i dlatego prawa człowieka na Białorusi, niestety, znalazły się w folderze “Inne”. Takie czasy.

Pana zdaniem, po co władzom było, jak mówią, “wyciąganie z szafy” sprawy sprzed sześciu lat w stosunku do uczestnika wydarzeń na Ploszczy 2010 Władimira Kondrusia?

Ludzie są bardzo wrażliwi na klimat polityczny. Gdy tylko pojawia się trochę więcej możliwości, czują to i ostatnio stali się aktywniejsi. Kary i procesy sądowe są oczywiście nieprzyjemne, ale to i tak lepsze niż areszt i więzienie, kiedy człowiek w ogóle jest wyłączony z życia. Władza musi podtrzymywać poziom strachu wśród ludzi. I tak, przychodzi jej wyciągać stare trupy z szafy. Nie sądzę, by miało pojawić się wielu nowych więźniów politycznych, ale władza co jakiś czas będzie hamować uliczną aktywność ludzi przez takie procesy, jak w przypadku Kondrusia.

Dzień godności

Sześć lat temu, 19 grudnia 2010 roku, podczas kolejnych wyborów prezydenckich wielotysięczna manifestacja została rozpędzona przez władze. Kilkaset osób zostało zatrzymanych, doszło do dziesiątek procesów sądowych.

Nawiasem mówiąc, nie dobiegł jeszcze końca proces więźnia politycznego, Uładzimira Kondrusia, który po prawie sześciu latach  sądzony jest za udział w masowych zamieszkach podczas Ploszczy-2010…

A oto co myślą o „wydarzeniach grudniowych” niektórzy z tych, którzy sześć lat temu stali w pierwszym szeregu:

Mikoła Statkiewicz, kandydat na prezydenta w wyborach 2010 roku:
– O 19 grudnia 2010 roku należy pamiętać jako o Dniu Godności. Wówczas dziesiątki tysięcy Białorusinów, na przekór strachu i represjom ze strony dyktatury, w dniu „wyborów prezydenckich” wyszło  na Plac, by obronić swą godność i wyrazić prawo naszego narodu do prawdziwych wyborów, do wolności. Wiele setek ludzi zostało aresztowanych, setki brutalnie pobitych, dziesiątki skazanych na wysokie wyroki więzienia. Jednak mężny czyn tych dziesiątek tysięcy obywateli na zawsze pozostanie w historii naszego narodu jako przykład walki o wolność, jaskrawy przejaw dumy Białorusinów. Niech żyje Białoruś!
Uładzimir Niaklajeu, kandydat na prezydenta w wyborach 2010 roku:

– Czego to o Ploszczy nie napisano! Zarówno wzniosłego, wysokiego jak i oszczerczego, znieważającego. W tym ostatnim najbardziej zasłużyli się ci tchórze, którzy tamten dzień przesiedzieli w domu na kanapie oraz przestraszeni wybuchem białoruskiego ducha łukaszyści. Ale nie o tym i nie o nich warto dziś pamiętać… Niedawno dziennikarz Uładzimir Chilmanowicz wydał książkę „Białoruskie złoto”, w której opowiedział o najsłynniejszych miejscach i wydarzeniach w naszej historii. Między innymi o Ploszczy: „Minie trochę więcej czasu i data 19.12.2010 stanie w jednym szeregu z 25 marca, 27 lipca, będzie jak kamień węgielny walki o nasze państwo, wolność, prawdę, sprawiedliwość, odwieczne prawo do „nazywania siebie ludźmi”, będzie swoistą wartością historyczną naszego kraju. A na Placu im. Kalinowskiego stanie Stela Godności”.

Uładzimir Kobiec, w 2010 roku przewodniczący sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, Andreja Sannikawa:

– 19 grudnia 2010 roku dziesiątki tysięcy obywateli Białorusi pojawiło się w centrum Mińska by pokojowo zaprotestować przeciwko fałszowaniu wyników wyborów prezydenckich. Manifestacja została brutalnie stłumiona, setki ludzi zostało brutalnie pobitych i aresztowanych, większość kandydatów na prezydenta i członków ich sztabów znalazło się za kratami na podstawie wymyślonych zarzutów wywołania masowych zamieszek… I od tego czasu władze wykorzystują paragrafy wszczętego przez nie postępowania karnego w celu rozprawienia się z oponentami. A areszt Uładzimira Kondrusia przydał się, by przypomnieć społeczeństwu, że ta sprawa ciągle żyje. Widzimy również, że nie doszło do rehabilitacji represjonowanych w sprawie „19 grudnia” polityków – obecnie są oni pozbawieni prawa do kandydowania w wyborach, wielu z nich zostało zmuszonych do pozostania poza granicami kraju.