Wolga, matka Dzmitrija…

Przyznaję, że przez długi czas niespecjalnie interesowałam się polityką. Tyle, że na obecnego przywódcę nie zagłosowałam w żadnych wyborach prezydenckich od 1994. Wstyd mi, ale nie pisałam i do “Narodnej Woli”. Dziś nie wiem, jak wtedy mogłam bez niej żyć. Kiedyś przeczytałam na jej stronach o przedwczesnej śmierci (25 kwietnia 2011) Wolgi Wasiliewny Daszkiewicz – matki lidera zarejestrowanej w Czechach międzynarodowej organizacji “Młody Front” Dzmitrija Daszkiewicza.

O Dzmitriju słyszałam wcześniej, jednak nie domyślałam się, że jest synem mojej koleżanki z roku Wolgi. Że jest matką tego samego chłopaka, którego świat poznał jako nieugiętego bojownika o demokratyczną Białoruś, którego władza boi się tak bardzo, że chce go jak najdłużej trzymać za kratkami …

Zszokowana nieoczekiwaną tragedią bezwiednie zanurzyłam się w strumień wspomnień. I wszystkie dalekie wspomnienia stały się bliskie jakby zdarzyły się wczoraj.

Gdy byliśmy młodzi

W końcu lat 70-tych wraz z Wolgą (panieńskie nazwisko Szkała) dostałyśmy się na wydział dziennikarstwa PUB, uczyłyśmy się w jednej grupie, mieszkałyśmy w jednym pokoju w akademiku. Wciąż widzę ją przed oczami – ciemnowłosa, o pięknej figurze i pięknych nogach. Czasem wesoła, zarażająca wszystkich śmiechem, innym razem poważna, z charakterystycznym grymasem warg, gdy zatapiała się w zadumę lub czyjeś myśli. Patrząc wstecz widzę jej przenikliwy wyraz oczu i słyszę jej głos. I ciężko się robi na myśl, że nie ma już jej na świecie, mimo, iż wiem, że nie przepadła na zawsze.

W pokoju w akademiku było nas cztery. Oprócz mnie i Wolgi Szkały była jeszcze Wolga Nawikowa i Ałłoczka Juszkiewicz. Pamiętam jak my, młode dziewczynki koniecznie chciałyśmy być modne i wyglądać modnie. Pragnienie pragnieniem, jednak możliwości było niewiele. Miński supersam zawalony był nieciekawym towarem, a gdy pod koniec miesiąca „rzucano” nadające się do czegokolwiek partie, tworzyły się kilometrowe kolejki … Czasem pomagali zagraniczni studenci z naszego internatu. Przyjeżdżali z państw, według ówczesnej radzieckiej propagandy, zacofanych, takich jak Grecja, Jemen, Algieria itd. W porównaniu z nami żyło im się jednak o wiele lepiej. Niektórzy przed przyjazdem do ZSRR żyli iluzjami o komunizmie i w ojczyźnie swojego snu żegnali się mitami nawet nie próbując kryć zdenerwowania warunkami, w jakich żyjemy. W szczególności doskwierał im niski i ubogi w usługi poziom bytu. Ciemnoskóra studentka z Madagaskaru z pełnym przekonaniem mówiła nam, że po powrocie do domu zrobi wszystko, by w jej kraju nie zapanował taki ustrój społeczny.

Latem jechaliśmy do domu, do swoich wsi i miast. A nasi zagraniczni przyjaciele jechali do Rzymu, Paryża i przywozili stamtąd cenny import. Wolga od czasu do czasu też coś dostawała. Tajemnica jednak tkwiła nie w tym, że dziewczyna zapragnęła dobrze się ubierać. Ona miała dobry gust, dlatego w dowolnym ubraniu wyglądała atrakcyjnie i elegancko. Choć o ile wiem, nie ograniczała się do tego. Zewnętrzne piękno płynęło u niej z harmonijnej natury, bogactwa i piękna jej wewnętrznego świata. Szczera i szczodra, bardzo otwarta w stosunku do innych ani minuty nie wahała się pożyczyć na długi okres którejkolwiek ze swoich pięknych rzeczy. Dzieliła się wszystkim, nikomu niczego nie żałując.

Ola była zwykle pogodna i dowcipna, lubiła się pośmiać, co dodatkowo dodawało jej uroku. Skupiona, uważna, zatopiona w myślach – taką ją pamiętam na Sali wykładowej, w bibliotece. Na przerwach między wykładami zawsze widziałam jak pochyla głowę nad podręcznikami i konspektami.Widać to na studenckich fotografiach.

…We wrześniu studentów masowo wysyłano do kołchozów na wykopki. Pewnego dnia pojawiłyśmy się w jednym z gospodarstw witebszczyzny. W najczarniejszych snach Wolga nie przypuszczała, że po latach jej syn, który stanie się znany w kraju jako dzielny aktywista młodzieżowy Dzmitrij Daszkiewicz, za swoje demokratyczne przekonania będzie cierpiał w więzieniu niedaleko tych samych miejsc.

…Woldze nikt w zbiorze ziemniaków nie mógł dorównać. Ledwie napełniła jedno wiadro, już niosła drugie. Studenci na wsi stanowili darmową siłę roboczą.

Po nielekkiej pracy w drewnianej szopie przerobionej stołówce czekał nas obiad przygotowany przez jednych z nas – studentów. Potem stołówka do późna zamieniała się w salę taneczną. Nasze zmęczenie znikało jak ręką odjął i tańczyliśmy godzinami pod płyty ówczesnej wschodzącej gwiazdy piosenki – Ałły Pugaczowej. Życie zdawało się być beztroskim, szczęśliwym i nieskończonym … Nie matrwło nas, że w miejscowym sklepie nie było niczego oprócz chleba i karmelków. A od podłogi do sufitu piętrzyły się skrzynki z winem w 700-gramowych butelkach, tzw fugasach. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Życie, jak pociąg, mknęło w niewiadomą dal …

Rozwiane iluzje

W tamtym czasie na uniwersytecie nie uczyliśmy się jeszcze historii KPZR, ekonomii radzieckiej itd, pewnego dnia jednak trafiłyśmy na wykład pewnego wolnomyśliciela, który zapadł nam w pamięć. Niemłody i inteligentny mężczyzna zaprosił nas do siebie do skromnego domku i wyjaśnił szczegóły dotyczące “wielkiego Stalina” oraz ostatniej wojny – szczegóły, których przez cały nastęny okres nauki nie słyszałyśmy z ust ani jednego z wykładowców i możliwe, że długo nie usłyszałybyśmy. To było ziarno prawdy, rzucone na glebę naszego zaciemnionego komunizmem światopoglądu. Ziarno to leżało sobie w środku i czekało swojego czasu by wzejść.

W tym samym miasteczku była duża, lecz zapuszczona, strasząca pustymi oknami cerkiew. Jej opłakany stan dla nas, kształconych na radzieckich uczelniach, a więc zaprzysięgłych ateistów i stronników polityki partii nie przedstawiał niczego nadzwyczajnego. Dziś o podobnym podejściu do Domu Bożego, podobnie jak do miejscowego cmentarza wstyd wspominać. Mówiono, że w XIX wieku była na nim pochowana znana petersburska artystka z dworu carskiego, urodzona na tych ziemiach. Jej cerkiewna krypta stała na ceglanej podmurówce. Grób już dawno otwarto, w podmurówce ziała olbrzymia dziura. Przez tę dziurę widać było otwartą trumnę i czaszkę na jej dnie. Wandale z czasów radzieckich dokonali tego rabunku , by ograbić zwłoki ze złotych ozdób. Zapewne udało im się to, jednak wątpię, by zdobycz z tego świata ich uszczęśliwiła.

Cmentarz to miejsce święte, gdzie zmarli spoczywają oczekując zmartwychwstania. Pod krzyżem leży ziarno, mające wzrosnąć do życia wiecznego w Królestwie Bożym. Dziś to widzimy. Wówczas jednak byliśmy ślepi i głusi, choć uważaliśmy się za światłych przedstawicieli nauki. Co dziś stało się z tym grobem? Chciałoby się wierzyć, że ktoś o niego zadbał. Choć… I dzisiaj na kuropackim cmentarzu co poniektórzy nieludzie próbują organizować śpiewy i tańce. Świadczy to o tym, że w planie duchowym nasze społeczeństwo spadło jeszcze niżej, niż było to za czasów komunistycznych.

Wyjątków od tej makabrycznej reguły też już, Bogu dzięki, coraz więcej. Autentyczna chrześcijańska religijność Wolgi i jej syna Dzmitrija jest na to dowodem.

Miłość

Co do Wolgi, to nie mogę powiedzieć, bym była z nią w tak bliskiej relacji jak, powiedzmy, Ałłoczka Juszkiewicz. Nie byłam wtajemniczona w jej tajemnice. Wiedziałam jednak, jak wszyscy o historii jej niezwykłej miłości z Wiaczesławem Daszkiewiczem, bardzo przyzwoitym, inteligentnym człowiekiem, starszym od swojej wybranki o jakieś piętnaście lat. Wiaczesław emanował ewidentną męską solidnością, rzetelnością, wewnętrzną powagą. To ich jednoczyło, a oboje – Ola i Sława, wyglądali razem pięknie. A co najważniejsze, kochali się prawdziwie. Niedługo potem odbył się ślub.

Po pierwszym roku Wolga przeniosła się na tryb zaoczny i wraz z mężem wyjechała na daleki wschód. Długi okres pracowali w Okręgu Magadańskim jako dziennikarze.

Później straciłyśmy ze sobą kontakt. Potem jakoś dowiedziałam się, że Wolga z mężem wróciła na Białoruś i pracują oboje w Starych Dorogach.

Czy mogłam wówczas przypuszczać, że jej losem będzie przedwcześnie odejść z tego świata? Zastanawiam się, gdzie dziś może się znajdować, w jakiej otwartej przestrzeni może latać jej uskrzydlona dusza? Czy widzi z tej wysokości swoje pisklę, które rzucono do klatki? Czy czuje z jakim męstwem i godnością jej syn dźwiga swój ciężki krzyż za niezłomność ducha i szacunku do człowieka? Czy wie, jak tęskni za nią i za nim jej wierny i kochany mąż i ojciec syna, Wiaczesław?

…Odkąd dowiedziałam się, że Dzmitrij Daszkiewicz jest synem Wolgi, chwytałam każdą wieść na jego temat. Widząc jego fotografię uderzyło mnie do jakiego stopnia przypomina i ojca i matkę! Młoda, piękna twarz, promieniejąca czystością, szlachetności i niezłomności. Szczere i spokojne spojrzenie oczu. A wokół potworne kraty odgradzające od świata to ludzkie piękno. Myślę, ze to zdjęcie obleciało cały świat i wzruszyło niejedno serce, szczególnie matczyne.

A ona sama musiała z tym bólem w sercu znosić aresztowania syna, prześladowania, przeszukania, zastraszania, groźby, nawet pobicia i niesprawiedliwe wyroki! A za co? Według kodeksu karnego rzekomo za kradzież i usiłowanie pobicia. A w istocie, za szczerą miłość do Ojczyzny, za gorące pragnienie jej narodowego, politycznego i gospodarczego wskrzeszenia. W końcu, za obnoszenie się z koszulkami z napisami “Kocham Białoruś”, “Białoruś Żyje!”.

Wolga mówiła “Люблю!” (kocham) po rosyjsku do Białorusi i syna, a “кахаю” (kocham) po białorusku – do męża…

Na kogo on wyrósł

Cały problem jej syna opierał się na wzniosłych ideałach, które wyznawał, na jego jasnym umyśle, odwadze i męstwie w ich obronie, nieakceptacji zła i kłamstwa i wszystkim co określało jego aktywną obywatelską postawę.

Ujawniła się ona szczególnie, gdy Dzmitrij Daszkiewicz dołączył do nieoficjalnego w Białorusi międzynarodowej organizacji “Młody Front” po czym stał się jej przewodniczącym, pokazując się jako znakomity organizator i polityk. Za jego kadencji szeregi Młodego Frontu mocno się rozrosły, wzrosło pole ich działania, związane z wzniosłymi celami, przez co i ryzykowne. Zresztą na ryzyko narażenia osobistego bezpieczeństwa uwagę zwracają głównie ci patrioci, którzy Białoruś kochają przeważnie w słowach …

Za działalność tej nieoficjalnej organizacji przeciwko Dzmitrijowi Daszkiewiczowi, jak i innym członkom wszczęto sprawy karne jeszcze w 2006. Dzmitrij dostał dwa lata pozbawienia wolności, które okazały się wiecznością dla Wolgi. Przeżyła tak wiele oczekując syna z więzienia! W końcu udało udało się doprowadzić do radosnego spotkania Dzmitrija z matka, ojcem, przyjaciółmi. Mimo to aktywny organizator i uczestnik masowych akcji demonstracyjnych stale znajdował się pod uważną obserwacją władz, w związku z ważnymi wydarzeniami politycznymi w kraju, kiedy to nieraz starano się go zastraszyć i prewencyjnie zatrzymać, choćby na podstawie administracyjnego aresztu.

Wiemy już, że w przeddzień kolejnych wyborów prezydenckich (wyznaczonych na 19 grudnia 2010) przygotowano mu gorszy scenariusz. Dzmitrij Daszkiewicz i jego kolega Eduard Lobau zostali zatrzymani za … pobicie jakichś obywateli na podwórcu osiedlowym … Zupełnie jakby ten dobrze wychowany chłopak, z dobrej rodziny, głęboko wierzący. Do tego wciąż znajdujący się na celowniku czekistów nie miał nic innego do roboty niż tłuc jakichś „typów” spod klatki. Nieskładność i niespójność motywów aresztowania widoczna gołym okiem i dla nieprofesjonalisty.

Wymiar „sprawiedliwości” wymierzył mu karę aż dwóch lat pozbawienia wolności w kolonii karnej o podstawowym rygorze, a 24 marca 2011 przeniesiono go do zakładu karnego nr 13 w miejscowości Głubokie w okręgu witebskim, tam gdzie jego mama kiedyś tak ciężko pracowała w wykopkach …

Wyobrażam sobie ile łez mogła wylać, ile nieprzystępnych gabinetów zamknęło przed nią drzwi, ile niewysłowionego bólu musiało znieść jej matczyne serce. Już niemłode jej serce nie wytrzymało tej presji niesprawiedliwości: okrucieństwa systemu nie liczącego się z losami wspaniałych młodych ludzi, z których należy być dumnym. Jej nadwerężone serce zatrzymało się w miesiąc po wydaniu wyroku syna – 25 kwietnia 2011. Wolga miała wtedy 54 lata…

Dla mojej dawnej przyjaciółki z roku przeminęły już sztormy życiowe, ziemskie troski i radości. Jednak gdyby była wciąż żywa, powiedziałabym jej: “Olu, urodziłaś wspaniałego syna, prawdziwego człowieka! Dziękuję ci za Dzmitrija. Dziękuję za chłopaka, który jest naszą nadzieją na lepsze jutro dla nas i naszych dzieci. Wraz z mężem, Wiaczesławem Uladzimirowiczem wychowałaś nie jakiegoś tam chłopca, nie biernego konsumenta życia, a godnego, mężnego człowieka z silnym kręgosłupem i pozytywnym fundamentem życiowym”.

Z mojego serca płynie wiele ciepłych słów pod adresem Dzmitrija Daszkiewicza, boję się tylko, by nie uznał ich za zbyt patetyczne i podniosłe.

Dziękujemy wam, nieugięci!

Żal patrzeć jak wielu dziś pochłoniętych jest materialnym bytem zapominając do czego zobowiązuje godne miano człowieka. Opiera się ono na duchowych ideałach, które człowiek powinien wdrażać w życie i których powinien bronić. Jeśli zajdzie konieczność, powinien złożyć ofiarę z siebie za swoją wiarę i przekonania. Tracimy orientację w życiu państwa, stajemy się biernymi i obojętnymi obserwatorami, pozwalając siebie zastraszać i okłamywać. Tacy jak Dzmitrij nie mogą się z tym pogodzić i świadomie znoszą swoje cierpienia dla lepszego jutra Ojczyzny.

Jeszcze w 2006 roku na prośbę ojca, by nie wracał z zagranicznego wyjazdu, gdy pojawiła się groźba aresztowania syna, Dzmitrij odpowiedział bez wahania: “Wybrałem swoją drogę samodzielnie i przejdę ją do samego końca, bez względu na koszty …” Dzmitrij jest wierny swoim deklaracjom. Wierność jest tym co go tworzy, podobnie jak wielu jego przyjaciół, wraz z ich rodzicami, nie tylko przez krew, ale i przez ducha. Na tym polega ich siła i nieugiętość.

W ten sposób dzięki jednemu mężnemu chłopakowi i innym więźniom sumienia owa ciężka chmura łez wisząca nad ziemią nie pochłonęła nas jeszcze w całości. To znaczy, że Białoruś żyje! Dziękuję ci za to Dima, dziękuję matce bojownika, niezapomnianej Woldze i jego ojcu, Wiaczesławowi!

…Matki Dimy niestety już zabrakło wśród nas. Ma on jednak na szczęście kochającego ojca, kochająca – kiedyś narzeczoną, dziś żonę Nastę Pałażankę, oddaną i odważną jak on. Ona też za swoją działalność doświadczyła celi aresztu KGB, pozostając dalej taką jak była – niewzruszoną i delikatną. Odwiedziła go w więzieniu specjalnie by wyjść za niego. Dziś Nasta pewnie i nosi nazwisko Daszkiewicz, a jest nawet fizycznie do Wolgi podobna, do matki swojego kochanego męża. Życze wam szczęścia i zdrowia, moi kochani, jak najszybszego spotkania na wolności również z wytęsknioną rodziną i przyjaciółmi!

Wszystkim więźniom sumienia i ich rodzinom życzę Bożej pomocy, wielkiej cierpliwości, męstwa w znoszeniu wszystkich cierpień, nadziei na jak najszybszy powrót do domu. Wszystkim Wam kłaniam się nisko do samej ziemi!

Ludmiła Rutycz.

Iwancewicze.

nv-online.info

Другие политические заключённые