Siarhiej Czyslau: „Biały Legion” staje się dziś symbolem walki

Według informacji obrońców praw człowieka wobec kilku podejrzanych w „sprawie patriotów” przedłużono stosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania.

Docierały do nas informacje jakoby prezydent miesiąc temu powiedział: jeżeli nic nie znaleźliście to wypuszczajcie. Jednak ten wariant służbom specjalnym nie odpowiada”, – opowiadał portalowi palitviazni.info założyciel legendarnej organizacji „Biały Legion” Siarhiej Czyslau.

Na chwilę obecną tylko jeden z szesnastu przebywających w areszcie podejrzanych w sprawie „przygotowywania masowych zamieszek”, aktywista partii socjaldemokratycznej Siarhiej Kuncewicz nie został oskarżony z artykułu 287 KK (stworzenie nielegalnej formacji zbrojnej).

– Dlaczego, według pana, pojawiła się „sprawa patriotów” i co było dla niej głównym bodźcem?

– Tak naprawdę wariantów jest kilka. Pierwszym z nich była chęć powstrzymania fali wiosennych protestów. Aresztowanie patriotów było swoistym psychologicznym zagraniem w stosunku do Białorusinów, chociaż cały marzec cechował się niewspółmierną brutalnością. Widocznie w planach rządzących strategów był również taki scenariusz. I ludzie zaczęli się zastanawiać, bo do stracenia były już nie tylko pieniądze (a w końcu naród protestował przeciwko podatkowi od „pasożytnictwa”), ale także wolność, a może i zdrowie.

Drugi wariant dotyczy pracy rosyjskiego lobby wśród białoruskich specsłużb. Gdy tylko białoruski prezydent opowiedział się za koniecznością istnienia zdrowego patriotyzmu, napisania na nowo podręczników historii Białorusi, poczynając od Księstwa połockiego, w ciągu dosłownie trzech tygodni służby ulepiły „sprawę patriotów”, by zademonstrować prezydentowi, że nie są to ludzie z którymi warto się zadawać. W BT [białoruska telewizja publiczna – przyp. tłum.] od razu pokazali przecież skonfiskowane u patriotów „dobra”. Najwyraźniej zgarnęli wszystko, co specsłużby miały w magazynach, włącznie z naklejkami Antymajdanu. To samo z podejrzanymi w sprawie. Brali „legionistów”, chociaż sam „Biały Legion”, jako organizacja od 15 lat już nie istnieje. Wysyłali za kraty oficerów – byłych wychowanków oficjalnie zarejestrowanego klubu „Patriota”, a nawet zupełnie przypadkowych ludzi. Jednocześnie próby analizy działań władzy dają podstawy do podejrzeń o istnieniu jakichś „pomocników” z boku, którzy już dawno obserwowali tych samych oficerów – patriotów przez różne kanały kontaktu. W tym również przez portale społecznościowe. Oficerowie – patrioci byli demaskowani nie poprzez kanały kontrwywiadu wojskowego, a właśnie z pomocą otwartych źródeł informacji. Kryterium często były po prostu wyjazdy na Ukrainę – nawet jeżeli były to zwykłe wycieczki turystyczne do Lwowa czy trening w Karpatach.

I trzeci wariant – bodajże 23 marca prezydent oświadczył dziennikarzom, że nauczył się wygrywać wojny informacyjne. Dlatego nie można wykluczyć, że patrioci zostali wybrani przez władze na kozłów ofiarnych. I, zapewne, pewności tak zwanym „specom” dodawał fakt, że strona przeciwna nie ma nawet możliwości odpowiedzi.

– Jak dzisiaj przedstawia się realna sytuacja w tej sprawie?

– Wydaje się, że realnej sytuacji nawet same władze nie rozumieją. Docierały do nas informacje jakoby prezydent miesiąc temu powiedział: jeżeli nic nie znaleźliście to wypuszczajcie. Jednak ten wariant służbom specjalnym nie odpowiada. Muszą przecież wyjść z twarzą z tej sytuacji, dlatego coś będą wymyślać.

Obecnie jednym podejrzanym zmieniają środek zapobiegawczy na areszt domowy, a inni pozostają w areszcie śledczym… Czym to się zakończy? Niektórzy są zdania, że sprawa może zostać zamieciona pod dywan, bo protesty już się skończyły. Inni przepowiadają bardziej pesymistyczny scenariusz. Jaka jest pana wersja: co dalej?

– Według mnie, areszt domowy stosują wobec tych, których uważają za całkowicie złamanych lub tych, którzy „współpracowali” w śledztwie. Jest to między innymi środek psychologicznego oddziaływania na pozostałych: spójrzcie, jeżeli będziecie jak Jauhen Pałtarżycki to was też wypuścimy (to właśnie Pałtarżycki opowiadał o leśnej kryjówce „Białego Legionu” w programie Telewizji Białoruskiej, wyemitowanym pod koniec marca – przyp. autor). I to jest już sprawa samego Jauhena – czy dać się złamać do końca czy oświadczyć, że jego wypowiedzi były wymuszone naciskiem. Możliwe, że nie tylko fizycznym, ale i chemicznym.

Mikałaj Statkiewicz oświadczył, że niektórzy z chłopaków w czasie przesłuchań mogą wziąć na siebie winę. Słabym punktem w takim przypadku miałby być argument losu ich bliskich. Co pan o tym sądzi?

– Niestety, tak właśnie jest. Ci z patriotów, którzy od początku szli w zaparte dokładnie to usłyszeli – że a nuż żona będzie późno wracała z dzieckiem do domu…

Jak pan w ogóle ocenia całą tę sytuację?

– Wydaje mi się, że trwa degradacja służb specjalnych. Gdy wraz z Lazouskim zostaliśmy aresztowani w 2008 roku to takich metod jak podrzucanie broni czy stosowanie „eliksiru prawdy” jeszcze nie używano. Teraz jednak zmuszają do gry na swoich zasadach i uważają, że „nauczyli się wygrywać”. Tylko te swoje zwycięstwa odnoszą na wymyślonych przez siebie frontach.

– Jakie wnioski i lekcje można i trzeba wyciągnąć z całej tej historii?

– Władze odzwyczaiły się od tego, że ich działania tak czy inaczej mają pewne konsekwencje. „Biały Legion” (de facto zapomniany i dla współczesnej młodzieży nieznany i niezrozumiały) dziś staje się symbolem walki. Czego by propaganda nie wymyśliła i czego by nie pokazała, sami sączą do podświadomości obywateli Białorusi myśl: chcesz zmian – zakładaj swój Legion…

 

Зьвязаныя навіны:

Другие политические заключённые