„List z piekła”: o warunkach w białoruskich więzieniach pisze więzień polityczny Mikołaj Autuchowicz

„Od 2005 roku znajduję się w niewoli i widzę, że sytuacja dotycząca respektowania praw więźniów jedynie się pogarsza”.

Jestem przetrzymywany w miejscach odbywania wyroków pozbawienia wolności wydanych za brak pokory w znoszeniu niesprawiedliwości. Za fakt otwartej krytyki korupcji. Przy całkowitym braku popełnionych przestępstw.

Przez cały okres osadzenia w więzieniu nr1 w Grodnie nie zwracałem uwagi na podłości czynione przez funkcjonariuszy więziennych, naruszających moje prawa. Do przyjazdu do tej instytucji wiedziałem, że mogą mnie czekać „szczególne warunki przetrzymywania, byłem jednak pewien, że wytrzymam wszelkie próby.

Nie skarżyłem się, gdy tuż po przybyciu do więzienia od razu umieścili mnie w izolatce i przetrzymywali tam 255 dni. W tym wilgotnym i zimnym miejscu z betonową podłogą, bez stołu i ławy (zabronione przez prawo) siedziałbym pewnie do końca wyroku, gdyby nie napisano o tym w gazecie.

W celi, od ogromnej wilgoci rzeczy zachodziły pleśnią nawet w torbie. Gnił materac. Poza tym funkcjonariusze więzienni kpili ze mnie mówiąc: „Ciesz się, że daliśmy ci pokój w wersji luksusowej!”. Ten luksus w moich płucach niepalącego człowieka wywołał kaszel i wilgotną wydzielinę. W tym luksusie musiałem siedzieć w czapce, a na kratach wewnętrznych przez całą zimę kładł się lód.

Nie reagowałem na ataki wciąż tych samych funkcjonariuszy administracji oskarżających mnie o pisanie „niewłaściwych” listów na zewnątrz, zabrali mi pięć listów, sporządzili protokół konfiskaty. Straszyli mnie sprawą karną za rzekome szkalowanie wizerunku państwa. Szczególnie „zasłużony” major prosił zwierzchnika o pozwolenie na zajęcie się mną innymi metodami (o których tutaj nie wspomnę).

Nie reagowałem gdy nie przyjęli paczki żywnościowej od mojej mamy, tę, na którą pozwolili wcześniej, wyznaczając termin widzenia. Mama ze swojej biednej emerytury kupiła 30 kg nie taniej żywności, przywiozła ją, by na bramie usłyszeć, że „nie wolno”. Czy to nie jest znęcanie się? Dobrze, że na widzeniu przygotowałem ją na taki scenariusz i trochę zdołałem uspokoić. Inaczej to mogło ją nawet do zawału doprowadzić. Czy oficerowie nie dotrzymujący słowa, mają prawo nazywać się mężczyznami? To nie mężczyźni, mężczyźni tak nigdy nie postępują, a tym bardziej oficerowie.

Nie skarżyłem się na lekarzy ignorujących moje prośby o pomoc. Zwracałem się do nich 40 razy na rok, otrzymując jedynie 6 razy jakąkolwiek odpowiedź. Wizyty lekarzy kończyły się zawsze jednym pytaniem: „Co ci mam przepisać, skoro mamy pustą apteczkę?” A w izolatce nr 5 lekarze mówili otwarcie: „Nam łatwiej wypisać ci twój akt zgonu, niż leczyć”.

Mam wiele poważnych dolegliwości, a więzienni lekarze ani razu (!) nie zrobili mi badań. I nie jestem tu wyjątkiem, podobne skargi padały też od innych więźniów.

Do naczelnika wydziału medycznego nie mogłem się dostać przez dwa miesiące, pomimo, iż wnioski pisałem prawidłowo. Kiedy mi się udało, na moje pytanie „Dlaczego tak długo czekałem na wizytę?” odparł, że nie dostawał ode mnie żadnych wniosków … To prawda, bo pisane przez więźniów wnioski często trafiają donikąd. Pewnego razu zakazano mi spotkania z adwokatem ze względu na brak wniosku. Nowych nie pisałem, zamiast tego wręczając go osobiście naczelnikowi do rąk własnych na kilka dni przed jego przyjazdem. Tak być nie powinno, tak jednak się dzieje.

Nie reagowałem na inne prowokacje i świństwa, dopóki nie dowiedziałem się od prokuratora okręgu Grodno, który odwiedził mnie w styczniu 2013, że uznano mnie za „więźnia umyślnie naruszającego porządek” wg kategorii przewidzianych przez regulamin więzienia nr1.

Jak się okazało, jeszcze w październiku 2012 roku spisano raport, w którym podano, że nie reaguję na polecenia inspektorów. W rzeczywistości jednak nie otrzymywałem takich uwag ani poleceń. I w październiku 2012, jak się okazało, wydano przeciwko mnie wyrok, o którym się przypadkowo dowiedziałem w styczniu 2013.

Decyzja o nałożeniu na mnie sankcji nie była decyzją administracji więzienia. Ci przyjęli jedynie rozkaz z góry. Był to rozkaz osób, którzy wpływali na całokształt sytuacji. Nie zwykłych śmiertelników, a ludzi znajdujących się blisko czubka piramidy władzy. Boją się widać, że wyjdę na wolność przed wyznaczonym wyrokiem terminem i przedstawię dowody swojej niewinności.

Po nałożeniu sankcji w październiku, musiałem uprzedzić administrację o tym, że swoim postępowaniem kładą na szali nie swoją podłość, a reputację całego kraju, której to aluzji administracja nie pojęła. Próbowali mnie jednak uspokajać, mówiąc, że przecież nic wielkiego się nie stało, że w ciągu roku zdjęte zostaną wszystkie naruszenia. Zależało im bym w to uwierzył, tak się jednak nie stało. Postępowanie inspektora było nieuzasadnione logicznie. I oto równo w miesiąc po wygaśnięciu wszystkich moich sankcji, dostaję wyrok według identycznego scenariusza. Cóż to za więzienie, w którym z taśmy powiela się fabrykowane naruszenia regulaminu przez szeregowych inspektorów, a kierownictwo udaje, że nie ma na to wpływu? Dlaczego zwykły klawisz nie boi się kłamać i łamać ludzkich losów? Takim oficerom wierzyć nie można, niezależnie jakby ich administracja nie tłumaczyła. Niemożliwe są takie zbiegi okoliczności, że dwukrotnie — w 2012 i 2013 roku dostawałem nowe sankcje zanim stare utraciły moc.

W ten sposób byłem zmuszony zaprotestować i przeciąłem sobie brzuch. Na sumienie więzienia. Nie miałem innego sposobu by zwrócić uwagę na mój problem.  Na głodówki protestacyjne administracja nie reaguje. Ja dziś protestuję, a jutro ten sam inspektor poświadczy, że na jego zmianie Autuchowicz sam powiesił się na kratach, albo umarł na zawał serca.

Od 2005 roku jestem w niewoli i widzę, że sytuacja więźniów tylko się pogarsza. Przez ten czas wyjaśniłem sobie, że ani prokurator, ani inny organ kontrolny nie decyduje o sprawach skazańców. I każdy, kto tu skończył, dobrze zrozumiał, że jeśli będzie pisał skargi, broniąc swoich praw konstytucyjnych, tym gorzej dla niego. Wiadomo o wielu przypadkach, gdy skargi na ręce prokuratora nie wychodzą poza mury więzienia. Bywa, że są targane na oczach skazańca!

Przykładów rozprawiania się z poszukiwaczami sprawiedliwości nie brakuje. Nieprzypadkowo skazańcy po złożeniu swoich skarg trafiają do karceru, gdzie pozostają na długo, otrzymując dodatkowe wyroki za wszelakie wydumane wykroczenia. Mnie wielokrotnie wyprowadzano z karceru do kierownictwa kolonii tylko po to, żeby tam „wypisać” przy mnie decyzję o dodatkowej karze.

Samowolka, bezkarność, brak odpowiedzialności pozbawiają funkcjonariuszy umiaru w stosowaniu samowolnych środków działania. Nie kryją nawet swoich wypaczonych metod wywierania presji na skazanych i ich rodziny. Ponadto, wielu funkcjonariuszy organizuje sobie swój biznes na więźniach i ich bliskich.

Jeśli by dziś pozwolić na milczenie w tych kwestiach, nic się nie zmieni. To znaczy, że jutro więźniów zaczną karmić jedynie 2 razy dziennie i powiedzą, że to na prośbę ich samych, oraz ich żon, dzieci i matek.

Wiem, że administracja bez trudu obali moje świadectwo, znajdując odpowiednią ilość tych, co potwierdzą, jak im się tam świetnie żyje w koloniach i więzieniach, że wszystko im pasuje i że na nic się nie skarżą. Rozumiemy jednak wszyscy, że to nie sztuka wtłoczyć odpowiednie słowa w usta posłusznego niewolnika. Wiem jednak o czym mówię i za swoje słowa ponoszę odpowiedzialność. Tym bardziej, że w trakcie 20 lat, więzienia i obozy suwerennej Białorusi przepuściły przez siebie tyle osób, że o świadków nie będzie trudno. Jeśli każdy z nich umieściłby swoją historię w Internecie, lub historię swojego znajomego, który spędził czas w zakładzie penitencjarnym, wówczas cały świat zadrży na wieść jak przegnity system rządzi Białorusią.

Tymczasem pragnę pochylić się nad jedną sprawą. Nad rozporządzeniem Rady Ministrów nr 1564 z dn. 21.11.2006 r ustanawiającym normy żywnościowe i wyposażenia osobistego skazanych, odbywających karę w zakładach karnych. 28.04.2010 r postanowieniem Rady Ministrów wprowadzono w tym dokumencie poprawki. Dokumenty te brane są pod uwagę w uchwalaniu budżetu państwa, zawierającego środki niezbędne do wyposażenia kolonii i więzień. W związku tym pragnę zapytać prezydenta „najsprawiedliwszego państwa w Europie”, czy wie ile z racji przyznanej przez prawo skazani nie otrzymują?

Czy wie, jaka jest faktyczna sytuacja w koloniach karnych i więzieniach?

Kto kradnie te środki: urzędnicy, czy samo państwo?

Dlaczego panie prezydencie, nikt w naszym kraju nie interesuje się problemami skazanych?

Dlaczego w ostatnich 20 latach nie zmieniono praw, które wstyd nazwać cywilizowanymi?

Dlaczego cały blok więzienny (szacuję – ok. pięciuset osób) zmuszony jest podcinać paznokcie tymi samymi nożyczkami?

Który z urzędników podnosił tę kwestię w ciągu ostatnich 20 lat? A może nasi więźniowie są uważani za zwierzęta?

Dlaczego więźniom nie wydaje się jednorazowych żyletek?

Gdzie są 2 kurze jajka na tydzień, które przyznaje norma? Dlaczego zamiast 125 g mleka dziennie wydają tylko 100 g? Dlaczego w kaszy nie można znaleźć mięsa?

Szukałem odpowiedzi na te pytania u administracji i wiele wyjaśniłem. Okazało się, że skazani znajdujący się w więzieniach mają zamienioną pierwszą normę żywieniową na trzecią, przyznawaną osobom podejrzanym w trakcie śledztwa. Znalazł się „mędrzec” rewizor z działu kontroli MSW, który poddał w wątpliwość rozporządzenie Rady Ministrów o normach żywieniowych. Ów rewizor nie wziął jednak pod uwagę, że osoby w trakcie śledztwa, żywione według trzeciej normy mają prawo do paczek żywnościowych do 30 kg co miesiąc, a skazani w więzieniach – jedynie raz do roku. Zabierając jajka, zmniejszając rację mleka, ziemniaków, chleba i kaszy państwo postanowiło zarobić na zdrowiu ludzi. Wyłania się bardzo nieprzyjazny obraz, klasyczny „rozbrat” pomiędzy skazanymi. Z trudem się wierzy, że szeregowy rewizor OK. MSW rzucił wyzwanie literze prawa. Taki zuchwały czyn, czyli zamiana interpretacji prawa dosłownej na utylitarną w celu zaoszczędzenia środków w budżecie – to mogło być możliwe jedynie z polecenia „góry”. To właśnie dlatego departament wykonawczy tak łatwo poddał swoich skazanych i nie wstawił się za nimi.

W więzieniu dostałem grzybicy paznokci. Długo przekonywałem administrację, że tak być nie powinno, żeby 500 osób używało tych samych, nieodkażanych nożyczek wiszących na haczyku w szatni w łaźni.

Udało mi się. Pozwolili. Moja żona trzy razy przywoziła obcinacz i zabierała go z powrotem. Jedni pozwalają, inni uważają, że nie wolno … W koloniach odpowiedni naczelnicy pozwalają nawet mieć własne środki higieny osobistej, ale jeśli potrzebny jest pretekst do ukarania, to obcinacz do paznokci może stać się powodem do raportu złamania regulaminu. Podczas gdy cały cywilizowany świat od ponad 30 lat stosuje osobiste środki higieny, nasi skazani są pozbawieni tego prawa przez prawo! Czy to od tej wielkiej miłości do narodu? Czy nie kompromituje to naszego państwa?

Skazani w więzieniu nr1 nie mają prawa posiadać własnej igły do szycia. Jej posiadanie stanowi rażące naruszenie, za które każe się surowo. Dzięki temu administracja zmusza więźniów wbrew zdrowemu rozsądkowi do używania wspólnej igły na 10-15 cel, przy czym, w niektórych celach siedzą nosiciele HIV i żółtaczki. Pytanie brzmi: dlaczego?

Dlaczego panie prezydencie, przez cały okres zwiedzania przeze mnie miejsc odosobnienia – począwszy od roku 2005, dopiero od wiosny 2013 zaczęto dawać nam mydło i żyletki jednorazowe?

Takich „dlaczego” mogę zadać jeszcze wiele.

Dlaczego panie prezydencie, przez cały okres uwięzienia ani razu widziałem, by więźniom wydawano papier toaletowy?

W areszcie nr 1 w Mińsku nowy funkcjonariusz administracji nie uwierzył moim słowom, że papieru toaletowego po prostu nie dają. Wyszedł i za pół godziny wrócił mówiąc: „Dowiedziałem się, że zamiast papieru toaletowego dają tam literaturę techniczną”. Do cel faktycznie dawano stare książki nazywając je literaturą techniczną, uwierzyć jednak nie mogłem, że dają je zamiast papieru toaletowego. Poprosiłem tego majora o dokument, na podstawie którego pozbawia się nas podstawowego artykułu higieny osobistej. Okazało się, że Departament Wykonawczy zwrócił się kiedyś z jakimś wnioskiem do Rady Ministrów.

Gdy wspominałem administracji, jak mało jest mięsa w kaszy, odpowiadali pytaniem: „A próbowałeś to ważyć?” W Afganistanie 2 lata i 3 miesiące jadłem z polowej kuchni i wiem doskonale co to znaczy norma mięsa na talerzu. Jak przeciwstawić się bezczelnemu kłamstwu? A mięso ważyłem. W areszcie na Wołodarskiego w Mińsku zaproponowałem wszystkim z celi, a było nas wówczas 10-ciu, wyłożyć mięso z wszystkich talerzy na jeden wspólny. Chłopcy wyłuskali z kaszy wszystkie włókienka mięsne, zrobiliśmy prosta wagę. Na jednej szalce ustawiliśmy herbatniki o wadze 100 g, a na drugiej, to właśnie mięso. Herbatniki ważyły więcej niż mięso z dziesięciu porcji. A według normy na 10 ludzi mięsa powinno być 900 g. Dlaczego w cywilizowanym świecie żywienie w więzieniach nie jest problemem? Dlatego, że tam z korupcją walczy się nie na zebraniach, a w sądzie. Tam już od dawna stosowane są normy fabryczne porcjowania żywności, żeby przypadkiem komuś nie strzeliło do głowy oszukiwać ludzi przebywających w zakładach karnych, truć, lub morzyć głodem. W końcu sąd skazuje człowieka na pozbawienie wolności, nie na tortury. Tymczasem w „uczciwej i nieskorumpowanej Białorusi” wszystko robi się na oko. „Mnie nie wierzysz? Osobiście sprawdzałem ile mięsa poszło do kotła” — powtarzał mi jeden wysoko postawiony funkcjonariusz więzienny. Ja jednak wolałem wierzyć swoim oczom i swojemu żołądkowi. Dlaczego jednak w to, że nie kradną powinien wierzyć kraj, skoro system penitencjarny stoi na kłamstwie , w przekonaniu, że i tak nikt ich nie sprawdzi. Podający żywność (skazany), na moje pytanie „A gdzie mięso?” , odpowiedział „A co ja mogę zrobić? Tak mi wydają w stołówce”. I prawda, skąd on ma wziąć mięso, jeśli w kaszy go albo brakuje w ogóle, albo jest go bardzo niewiele? Na to samo pytanie, inspektor obecny przy rozdawaniu żywności odpowiada: „A ty co, najmądrzejszy?” W więzieniach nie zadaje się pytań niewygodnych, z obawy by inspektorzy nie zatkali zbyt ciekawskiej osobie ust za ich zadanie.

Czasem jakieś „myszy pod miotłą” popiskują o naruszeniach praw więźniów w Europie, nie wiedząc co wyrabia się w więzieniach i koloniach karnych w jego własnym kraju.

Nie mówię tu tylko o więźniach politycznych, dlatego, że wielu odbywających karę u nas w kraju mogą w znacznym, lub mniejszym stopniu uważać się za więźniów sumienia. Kto wymyślił tak sprytny schemat oszustwa? Całemu światu mówimy, że więzień dostaje u nas 100 g mięsa, w rzeczywistości dając mu raptem 43 g. nie twierdząc jednakowoż, że te 43 g trafia na talerze. W latach radzieckich żołnierz musiał dostać 100 g mięsa, a w polowych warunkach otrzymywał 100 g tuszonki dziennie. Dlaczego dziś w naszym kraju mięso z normy określa się wg masy żywca? Rozgryzając ten schemat przekonałem się, że 100 g żywca po obróbce wstępnej traci 30% masy. Dotyczy to rozbiór mięsa i oddzielenie go od żył, skóry i kości. Potem poddaje się je obróbce termicznej, po której z pozostałych 70 g traci się dodatkowe 27 i zostaje „książkowe” 43 g, natomiast do talerzy docierają same włókna i kości kurze.

Dlaczego więźniom nie podaje się norm zamiennych produktów żywnościowych? Ludzie nie wiedzą ile gram drobiu, czy gotowanej kiełbasy należy się zamiast określonych przez Radę Ministrów 100 g wieprzowiny, czy wołowiny. A skoro nie wiedza, to i nie będą się burzyć, zadawać pytań, ani skarżyć się. Mnie udało się wyjaśnić jakie są normy mięsa drobiowego jako zamiennika wieprzowiny i wołowiny. W więzieniu wymienia się je w stosunku jeden do jednego. Tylko kto wymyślił takie normy? Drób jest znacznie tańszy od wieprzowiny i wołowiny. Pod względem kaloryczności jest również uboższy. Zamiana na kiełbasę nie jest ujęta. W iwancewickiej kolonii karnej nr 5 zamiast mięsa często do kaszy dodawali nam drobno posiekane kawałeczki najtańszej, gotowanej kiełbasy. Jej objętość zwiększała się pod wpływem gotowania, ale czego w niej było więcej, mięsa czy soi, to wielkie pytanie. Tymczasem w stołówce za papierosy „sprzedawano” smażoną rybę i smażoną kiełbasę. Podobnie jak wszystko inne. Ryba natomiast, to kolejny problematyczny element więziennego menu. Nie można określić ile w istocie tej ryby wydaje się więźniowi, jak jest dzielona między 10 osób? Podaje się to z pojedynczego kotła, nieporcjowane!

W którym wieku żyjemy? Kto dał prawo sprowadzać ludzi do poziomu trzody i wrzucać im pokarm w jedno koryto? Kto dał prawo sprowadzać człowieka do poziomu zwierzęcia rzucając mu jedzenie, tak, by wyrywał sobie z innymi kawałki z rąk, żeby choć trochę otrzymać?

W areszcie nr 1 w Mińsku z ryby robili tzw pastę. Niewielkie ryby gotowali z głowami a potem ścierali na papkę jak pure, po czym wkładali do kotłów dla 20 osób. Byłem zszokowany, gdy po raz pierwszy ujrzałem to „danie”. Tej masy nie wolno było nazwać jedzeniem godnym człowieka. W mojej celi siedzieli ludzie pozbawieni wsparcia od krewnych na wolności, ale i oni nie byli w stanie przyjmować tej cuchnącej miazgi.

W iwancewickiej kolonii długo walczyłem z miejscową zupą rybną. Taka zupa była na kolację, ale nie dało się jej jeść. Drobne rybki wrzucali do kotła, nawet bez patroszenia. I my to musieliśmy zjadać. Nawet bardzo głodny człowiek nie jest się w stanie zmusić do zjedzenia takich dzieł sztuki kulinarnej. Tę zupę rybną dawano więc świniom w kolonii, a słoninę z tych świń, sprzedawano w sklepiku. W istocie nawet nie sądziłem, że słonina może mieć ohydny, rybi zapach. Tego rodzaju produkcja bezodpadowa oparta została na jednakowej diecie ludzi i świń.

Wywalczyłem jednak, by zaczęto zupę gotować z ryb większych (z witlinka albo śledzia). Od razu jednak powstał kolejny problem, w kotłach okazywały się ledwie łby i ogony. Tymczasem w stołówce można było kupić za papierosy dowolną ilość ryb.

Długo walczyłem u administracji, by zwrócili na to uwagę. Udało się. Naczelnik kolonii wezwał mnie i powiedział, że zupa rybna będzie robiona z ryby dużej i bez głowy. „Święto” jednak nie trwało długo: jak mogli zmierzyć się z tym ci, których pozbawiono kontroli na „biznesem rybnym”?

Jeszcze w 2007 więźniowie z kolonii nr 1 w Mińsku odkryli robaki w rybach gotowanych. Po cichu zaczęli to sprawdzać, bez robienia hałasu i znaleźli puste pojemniki po rybie mrożonej, na których było napisane „na paszę dla zwierząt futerkowych”. Myślę, że podobne przykłady istnieją w każdej białoruskiej kolonii, a to oznacza, że brak w tym przypadku, że to system.

Dlaczego okrada się więźniów i kto zabiera te pieniądze? Dokąd organy kontrolne i nadzorcze mają zamiar zajmować się jawnym tuszowaniem tych przestępstw? Kto za to zostanie ukarany? Jeśli państwo nie jest w stanie zapewnić pełnowartościowego żywienia więźniom, to dlaczego zabroniło im otrzymywać paczki od krewnych chociażby raz na 2 miesiące? Dlaczego państwo nasze oszczędza na zdrowiu obywateli? Czy można przygotować nieszkodliwe dla zdrowia danie na maśle palmowym o niedostatecznej jakości?

Dlaczego w więziennej kantynie nie ma w sprzedaży owoców i warzyw? W ciągu 20 miesięcy mojego osadzenia w Grodnie tylko trzykrotnie widziałem tam cebulę. Czy i cebula w Białorusi stała się warzywem egzotycznym? Wielokrotnie starałem się poruszyć ten problem z administracją więzienia, by do kantyny trafiały jabłka, ale okazywało się to niemożliwe. Okazuje się, że jabłka na Białorusi to owoc egzotyczny. Nawet jeśli sady się pod nimi uginają, gotowe oddawać jabłka za darmo (jak zeszłej jesieni). To jednak nie są drobiazgi, bowiem w ten sposób robi się ludzi kalekami. Choć żaden wyrok nie zawiera przyzwolenia na okaleczanie człowieka.

Wyposażenie  — to kolejny problem wstydliwie przemilczany. Wstyd mi było za mój kraj kiedy zobaczyłem jakie w naszych koloniach więźniom wydaje się ubrania.

Nadaje się do noszenia tylko do pierwszego prania, a potem przekształca się w bezforemną i karykaturalną szmatę. W grodzieńskim więzieniu z wyposażenia nie dostawałem nic. I nikt nie pytał, czy czegoś mi nie potrzeba. Wydano mi dwa prześcieradła, zamiast regulaminowych trzech, jedną poszewkę, zamiast regulaminowych dwóch. W dniu prania nie zwracali mi pościeli, mogli to zrobić dopiero za tydzień, w następnym dniu kąpielowym dniu. Przez cały tydzień i przez wszystkie kolejne zmuszony byłem spać bez pościeli. Można było zamienić swoje nowe prześcieradła na czyste, ale stare. Ja tak robiłem (nie chciałem spać jak bezdomny w barłogu). A później, przy zamianie pościeli ani razu (!) nie dostałem nieuszkodzonego prześcieradła i poszewki. Wydawali mi takie, że wydawało się, że pamiętają jeszcze ostatnią wojnę. Przy czym używanie własnej pościeli, jeśli nie jest koloru białego, jest surowo zabronione przez regulamin. Kopert używać nie wolno. A dlaczego? Czyj szalony umysł wymyślił coś podobnego?

Białoruś chwali się przed całym światem. Co jednak stałoby się, gdyby cudzoziemcy zobaczyli pościel, którą wydaje się u nas w więzieniach! Albo naczynia, na których zmuszeni jesteśmy jeść!

Własne naczynia w celi są również zabronione (choć tu poszli na ustępstwa pozwalając mieć jeden talerz).

Kiedyś przy przeszukaniu zabrali mi wszystkie plastikowe pojemniki na żywność. A rano przy śniadaniu inspektor odmówił oddania ich mi je wraz z naczyniami, po prostu trzasnął metalową manierką i poszedł dalej. A przeszukanie mi urządzili za pisanie „nieprawidłowych” listów. W cywilizowanym kraju, jeśli strażnik odmówi karmienia więźnia, lub wyda mu żywność niezgodną z racją, na drugi dzień traci pracę. A u nas, ani skarżyć się nie ma do kogo i sprawy załatwić nie ma komu.

Koperty nie wolno, miski nie wolno, tymczasem stawiać wymagania wolno. Remont cel spoczywa całkowicie na ramionach więźniów. Dokąd idą środki z budżetu na ten cel?

Poza tym, w kolonii nr 5 są budynki mieszkalne, gdzie ogrzewanie nie działa od wielu lat. W więzieniu nr1 nie mogą wciąż zainstalować wyciągu, nie ma nawet pieniędzy na zakup lamp dziennych. W koloniach i więzieniach stale odcinają prąd z gniazdek i w zimne dni nie można przygotować gorącej herbaty. Uzasadniają to dekretem prezydenta o oszczędności. Dekret możecie realizować! Kto wam broni? Wymieńcie okna w celach, bo przegnite i dziurawe, wymieńcie kaloryfery. Oszczędzajcie, ale nie szkodząc ludziom, pozbawiając ich energii.

Żyjemy nadal w XXI wieku, w „cywilizowanej Białorusi”. W skrzydle medycznym brak jest podstawowych leków na przeziębienie. W grodzieńskim więzieniu nie było dentysty przez ponad rok.

Tu nie leczy się zębów, lecz od razu usuwa. Mój współwięzień męczył się z bolącym zębem od stycznia 2012 roku. Od tamtego czasu ponad dziesięć razy zapisywał się do dentysty, ale zanim zdołał być przyjęty wyjechał z kolonii w maju 2013.

Czy tego nie można porównać do tortur?

O pobiciach, prowokacjach, znęcaniu się i innych machinacjach mógłbym napisać książkę (co zapewne uczynię kiedyś). Póki co jednak chcę zadać inne pytanie: jak długo władze będą maskować za fasadą „praworządności, sprawiedliwości i demokracji” enklawy ustroju niewolniczego stworzone za murami kolonii? Jak długo społeczeństwo ma zamiar milczeć na ten temat i udawać, że go to nie dotyczy? Jak długo będziemy zamykać oczy pozwalając na tę samowolkę?

***

Mikołaj Autuchowicz został uznany przez międzynarodowe organizacje praw człowieka za białoruskiego więźnia politycznego.

Mikoła Autuchowicz — weteran wojny w Afganistanie, zdolny przedsiębiorca i aktywista demokratyczny z Wołkowyska. Urodził się 7 stycznia 1963 r w Wołkowysku. Po szkole ukończył Technikum -37 w sąsiedniej Wielkiej Berestowicy, został mechanikiem samochodowym. W roku 1981 służył w wojsku w okręgu saratowskim jako kierowca strategicznych wojsk rakietowych. Po skończeniu szkoły podchorążych zgłosił się do służby w Afganistanie. Za obronę mostu pod Kandaharem został odznaczony orderem Czerwonej Gwiazdy, dwoma medalami za odwagę i za zasługi w boju. Z wojska odszedł w roku 1991 w Wołkowysku jako starszy chorąży, po czym zajął się działalnością gospodarczą.

Po tym jak kandydował do Izby Przedstawicielskiej, wszczęto przeciw niemu sprawę karną za uchylanie się od płacenia podatków.

Był jednym z sześciu więźniów politycznych, uwolnionych dzięki surowym sankcjom ze strony USA i UE, jednak 8 lutego 2009 został ponownie zatrzymany a w 2010 skazany za rzekome posiadanie amunicji (pięć naboi). Zdrowie Autuchowicza wówczas było poważnie nadszarpnięte przez serię dłuższych głodówek protestacyjnych i przez brak pomocy medycznej.

Mikoła Autuchowicz został skazany na 5 lat pozbawienia wolności wg art. 295 ust. 3 za „nielegalne posiadanie broni palnej, amunicji i materiałów wybuchowych”. Autuchowicza dodatkowo skazano na 2 miesiące więzienia za rzekome przestępstwo popełnione przez fakt nieodbycia 2 miesięcy kary z jego wyroku. W ten sposób Mikoła Autuchowicz jest obecnie skazany na 5 lat i 2 miesiące pozbawienia wolności w zakładzie o zaostrzonym rygorze bez konfiskaty mienia.

Mikołaj Autuchowicz, list opublikowany w gazecie „Narodna Wola”

Другие политические заключённые