Dzmitrij Bandarenka: Powinniśmy przejść naszą drogę i wywalczyć wolność

Aparat przymusu reaguje błyskawicznie na akcje społeczeństwa obywatelskiego. Zanim krewni i bliscy tragicznie zmarłego w areszcie na ulicy Wołodarskiego Igara Pticzkina zdążyli podejść do budynku więzienia, gdzie planowali odbyć minutę milczenia i zapalić świece, od razu zostali zatrzymani. Sąd nieodwołalnie uznał ich winnymi. Bez uwzględnienia jakichkolwiek norm prawnych i moralnych: zatrzymana została siostra zmarłego, będąca w dziewiątym miesiącu ciąży, sama akcja natomiast nie została przeprowadzona. Co dzieje się w życiu społecznym kraju? Redakcja Palitviazni.info rozmawia z więźniem politycznym, koordynatorem „Europejskiej Białorusi”, Dzmitrijem Bandarenką.

Dzmitrij Bandarenka: Każda aktywność społeczna na Białorusi jest tłumiona i ostatnio stało się to regułą. Obecnie mogę obserwować i porównywać sytuację na Białorusi z tym, co dzieje się w Polsce, na przykład po demonstracjach związków zawodowych. Tysiące ludzi wychodzą na ulice miast. Prezydent Warszawy ogłosiła, że w ciągu roku w stolicy Polski realizuje się około 700 akcji. To całkowicie normalne w systemie demokratycznym. Owszem, trzeba zamknąć ulice, transport bywa zakłócony. Jednak bez względu na to, około 60% mieszkańców twierdzi, że popiera działania związków zawodowych. Można bez problemu otrzymać zezwolenie na organizację akcji. I to jest demokracja. Tymczasem dyktatura uniemożliwia otrzymanie takiego zezwolenia, a tym bardziej organizację akcji demonstracyjnych.

 – Pojawia się również przemoc i okrucieństwo, nie tylko podczas rozpędzania takich akcji, ale również w więzieniach, presja wywierana na więźniów politycznych. Dlaczego amoralne rozkazy wypełniane są z taką sumiennością?

Dzmitrij Bandarenka: Należy pamiętać, że na Białorusi panuje dyktatura typu południowoamerykańskiego. I sytuacja może rozwinąć się różnie. Dyktatura może w każdym momencie paść, może też trwać jeszcze długo. Tym bardziej, że w naszym przypadku podtrzymywana jest jeszcze inna dyktatura – rosyjska, nawet jeśli tam jest ona lżejszego typu. I w tym dość długim okresie, prawie 19-letnim, zdążyło dojrzeć całe pokolenie ludzi. Należy pamiętać, że w tym czasie przez cały czas przeprowadzana była selekcja osób zdatnych do służby w milicji, KGB, systemie penitencjarnym. Nastąpił odsiew pozostawiający na stanowiskach ludzi gotowych do wykonywania wszystkich rozkazów. Dlatego oczekiwanie, że zrobią coś innego, niż robią, to jak oczekiwać czegoś najlepszego od najgorszego elementu. To pytanie natury filozoficznej, zadawane przez naszego Wasyla Bykowa i rosyjskich pisarzy, Tołstoja i Dostojewskiego – co jest głównym tworzywem człowieka i jak realizuje się plan Boski, jak on się przejawia. To pytania podobnej natury. Trudno chwilowo oczekiwać czegokolwiek innego.

– Fakt przetrzymywania więźniów politycznych za kratkami, traktowanie ich przez władze jako “żywy towar” używany by prowadzić negocjacje z Zachodem, nie jest niczym nowym. W jaki sposób można jednak wycenić uwięzienie obywatela obcego kraju jak Baumgertnera, szefa Uralkalia czy księdza kościoła katolickiego, Uladzisława Lazara? Zjawisko handlu więźniami politycznymi narasta, czy wynika to z tego, że dotychczasowe działania reżimu nie przyniosły oczekiwanych efektów?

Dzmitrij Bandarenka: Uważam, że w tej sytuacji dyktator przekracza wszelkie dopuszczalne granice. Jeśli władze dopuszczają się aresztowania prezesa Uralkalia, obywatela Rosji, sojuszniczego kraju, to zdolne są aresztować każdego obywatela. Wliczając w to księdza. Chciałbym tu jednak skonkretyzować, że kiedy aresztowano Irinę Chalip, żonę kandydata na prezydenta Andreja Sannikowa, oraz gdy na polityka zaczęto w więzieniu wywierać presję psychologiczną, a państwo udowodniło, że może w dowolnej chwili zabrać ich syna Dańkę do domu dziecka – to te zdarzenia określiły moment, gdy władze przekroczyły tę niedopuszczalną granicę. I w tej sytuacji, ani Moskwa, ani kościół w żaden sposób nie zareagowali na te wydarzenia. Mało tego, w moim osobistym przypadku, moja żona zwróciła się przed sądem do księdza, by ten wydał mi zaświadczenie, że jestem członkiem jego parafii, ksiądz ten odmówił tłumacząc, że nie chce mieszać się do polityki. Przypominam sobie również taką historię, gdy przyszli po prawosławnych, ja jako katolik nie zrobiłem nic, kiedy przyszli po komunistów, ja nie będąc jednym z nich, również nie zrobiłem nic. Ale potem przyszli po mnie. A na Białorusi, gdy torturowano katolików w więzieniach, Kościół milczał – no to przyszedł czas, gdy sięgnięto i po księdza. Rosja swego czasu nie reagowała na torturowanie kandydatów na prezydenta w „amerykance”, no to teraz w tym samym więzieniu siedzi ich obywatel, biznesmen. Historia się powtarza. Jeśli społeczeństwo w porę nie zareaguje, zło może zrobić kolejny krok.

– Dlaczego więc szkodzimy sami sobie, mogąc uczyć się na błędach przeszłości, nie korzystamy z tej wiedzy?

Dzmitrij Bandarenka: Na podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że najważniejszą rzeczą jest solidarność ludzka. Zarówno na poziomie instytucjonalnym, jak i na zwykłym, ludzkim. W więzieniu otrzymywałem tysiące listów, podobnie jak inni więźniowie polityczni. Wiem, że zwykli parafianie modlą się za mnie, uczestniczą w akcjach wsparcia. Objawy solidarności widzę również i za granicą, tutaj w Polsce, w stosunku do mojej rodziny i kolegów. To najważniejsze. To nasze życie i nasz związek z Bogiem. Byłem szczęśliwy widząc jak kościół protestancki wyczekiwał dnia uwolnienia Dzmitrija Daszkiewicza. Sposób w jaki go witano niech będzie przykładem dla kościoła katolickiego i cerkwi prawosławnej jak wita się na wolności swoich wyznawców. Widziałem zaręczyny młodych Nasty i Dzmitrija w tym kościele. To prawdziwy cud i nadzieja na przyszłość. To był prawdziwy białoruski i chrześcijański ślub. I nawet jeśli na Białorusi rządzi szarzyzna, podobnie jak i na świecie to Boże działania są silniejsze od wszystkiego. Białorusini nie są wyjątkiem i my też powinniśmy odbyć naszą drogę do wolności. Nasz kraj też będzie wolny.

Другие политические заключённые