Dzmitrij Daszkiewicz: Nie prowokuję sytuacji. Ani nie jestem prowokowany

Lider Młodego Frontu, Dzmitrij Daszkiewicz od 28 sierpnia znajduje się na wolności. Więzień polityczny ogłosił, że ma zamiar opuścić Młody Front. Czy dalej planuje zajmować się polityką, czy działalnością społeczną? Z takim pytaniem strona palitviazni.info zwróciła się do samego Dzmitrija.

Dzmitrij Daszkiewicz: Oczywiście zamierzam zajmować się działalnością społeczno-polityczną. Co do formy, chwilowo nie mogę o tym wiele powiedzieć.

– Jeszcze w więzieniu otrzymał Pan nad sobą nadzór prewencyjny. Do jakiego stopnia te ograniczenia Panu przeszkadzają?

Dzmitrij Daszkiewicz: To wygląda tak: nie wolno mi opuszczać okręgu mińskiego, każdego dnia od ósmej wieczorem do szóstej rano mam znajdować się w domu. Ogólnie rzecz biorąc nie jestem prowokowany. Zarejestrowany jestem w zawodskim rejonowym oddziale MSW w Mińsku. Co prawda, zapowiadali, że milicjanci mogą mnie i do trzech razy  na noc nawiedzać. Powiedziałem im jednak, że jeśli przyjdą trzeci raz w ciągu jednej nocy, to spuszczę ich ze schodów i pójdę się pakować do aresztu w Baranowiczach. Na razie jest spokojnie. Nie prowokuję sytuacji, ani nie jestem prowokowany.

– Dzmitrij, a co Pan myśli o zmianach w sytuacji polityczno-społecznej w kraju? Widzi Pan jakieś poważne zmiany?

Dzmitrij Daszkiewicz: Z jednej strony widać, że białoruski reżim definitywnie traci kontrolę nad rzeczywistością. Jeśli wcześniej Łukaszenka do 2010 roku starał się bazować na jakimś elektoracie, to dziś po wszystkich katastrofach gospodarczych zaczął rezygnować z kierowania się opinią publiczną, przenosząc wektor uwagi na mafię gospodarczą ze swojego otoczenia, proreżimowych oligarchów i aparacie przymusu. Przestało go interesować co ludzie myślą, przez co jest zdolny do dowolnej inicjatywy. Dopuszczać się dowolnych postępków, w stylu masowych konfiskat trzody chlewnej, pobierania po sto dolarów za każdy wyjazd z kraju, według uznania. W końcu opinia publiczna nie interesuje go wcale. A mówiąc o stosunku ludzi, o ich pragnieniu zmian, to ono nie zmieniło się diametralnie. Poziom apatii taki sam, choć istnieje możliwość, że się mylę.

– Prawdopodobnie od roku 2010 do zmian zaliczyć można rozpowszechnienie informacji o sytuacji w więzieniach, aresztach, w zakresie sytuacji więźniów politycznych, oraz pozostałych. Jak często spotykał się z opisywanymi zjawiskami?

Dmitrij Daszkiewicz: Spotykałem się z tym i uważam, że nic w tym nowego, że biją tam ludzi. Tak było i pięć i dziesięć lat temu. Gdy ludzie w więzieniu jedzą potrawy futerałami od szczotek do zębów. Uważam, że to forma tortury, znęcania się nad człowiekiem, pomimo, że Departament Penitencjarny pisze, że wszystko to odbywa się w ramach prawa. Sam stosunek do ludzi w zakładach karnych jest przedmiotem zainteresowania jedynie samych więźniów, lub ich rodzin. Pozostali wykazuję się w tym obszarze obojętnością.

– Czy uważa Pan taką sytuację za dopuszczalną? Z jednej strony zrozumiałe, że skorumpowani urzędnicy nie budzą współczucia. Z drugiej strony za kraty trafia człowiek tylko za to, że ma polityczne poglądy różne od przywództwa państwa.

Dzmitrij Daszkiewicz: Uważam ten temat za dość szeroki. Powiedzmy jednak szczerze: kto tu za kogo siedzi? Ja siedziałem za siebie, za swoje poglądy. Ze mną są dziesiątki, powiedzmy setki osób. To ci ludzie, którzy wspierali mnie na wolności i za kratami. Nie chcę tu dramatyzować, w stylu co poniektórych osób, twierdzących, że siedzi za te osoby, za naród, który go zdradza. To schizofreniczne podejście. Oto ja robię coś dla narodu, a on mnie zdradził. Jeśli społeczeństwo nie idzie za człowiekiem, nie podąża masowo, to znaczy, że nie realizujesz interesów tego społeczeństwa. Trzeba patrzeć rzeczywistości prosto w oczy.

– Jednak okazywanie solidarności, zwłaszcza w formie masowej, pomaga. Przykładowo w trakcie Pana odsiadki społeczeństwo dowiedziało się od mediów o torturach i znęcaniu się, co wywołało masowe wnioski do administracji więzień, wywierając na nich presję.

Dzmitrij Daszkiewicz: Boją się, to oczywiste. Niektórzy decydenci uważają, co potwierdza im rzeczywistość, że mogą sobie radzić jak im się podoba. Na przykład, w kolonii mozyrskiej, będącej najgorszym zakładem karnym Białorusi. Gdy tam dotarłem, dano mi do zrozumienia, że jestem nikim … Żaden papier nie przyjmie słów, które padły pod moim adresem. Grozili mi, że zatopią mnie w betonie, że nikomu nie jestem potrzeby. A potem, gdy zobaczyli fale poparcia, telegramy od ambasadorów, dyplomatów, organizacji międzynarodowych  i zwykłych, nieobojętnych ludzi. Nie przypadło im to do gustu i już się tak nie cieszyli, że do nich trafiłem. Stąd dla uwięzionych takie wsparcie jest nieocenione.

 

Зьвязаныя навіны:

Другие политические заключённые