Andrzej Poczobut: Na Białorusi panuje dyktatura przeciętniactwa

Wielu młodych utalentowanych Białorusinów, wśród których znajdują się nie tylko, a raczej nie tyle aktywiści społeczni, a po prostu utalentowani w swoich obszarach ludzie, między innymi dziennikarze, wjeżdżają za granicę by wyrwać się z białoruskiej szarzyzny i realizować siebie. Niektórzy czasowo, niektórzy na stałe.”Białoruski Partyzant” poruszył temat samorealizacji w warunkach dyktatury w rozmowie ze znanym dziennikarzem, prześladowanym przez władze za krytykę reżimu Łukaszenki, Andrzejem Poczobutem.

– Jak skomentowałby Pan sytuację związaną z masową “ucieczką” młodych ludzi z kraju?

– To zawsze strata dla każdego kraju, gdy wyjeżdżają z niego utalentowani ludzie. Obecna władza postawiła cały szereg barier, nie tyle politycznych, co psychologicznych. Atmosfera w kraju jest duszna, panuje dyktatura przeciętniactwa. Weźmy dowolny obszar rzeczywistości, dziennikarstwo, biznes. Wszędzie docenia się nie to, czy człowiek może czegoś dokonać, coś zdobyć i osiągnąć jakiś wynik, a raczej docenia się posłuszeństwo. Selekcja odbywa się inaczej niż wszędzie – ludźmi sukcesu w Białorusi stają się Ci, którzy w normalnym kraju, w warunkach normalnej konkurencji nigdy sukcesu by nie osiągnęli. Za przykład może posłużyć środowisko państwowych dziennikarzy i “gwiazd” które dostały tam pracę. Dotyczy to nie wszystkich, ale większości.

Gdy człowiek zderza się z podobnym zjawiskiem, staje przed wyborem: walczyć, przystosowywać się, lub wyjeżdżać. Niektórzy sięgają po trzecią opcję. Trudno mieć tu do kogokolwiek pretensje, w końcu mamy tylko jedno życie, nie każdy chce ją marnować na walkę z wiatrakami. Tym bardziej jeśli wie się, że 40 kilometrów na zachód (uwzględniwszy pogranicze) takie problemy nie są już tak częste jak tutaj. To całkowicie normalne zjawisko. Gdyby normalność ponownie zagościła w Białorusi, wówczas jak sądzę wielu z tych, którzy wyjechali wróciłoby z powrotem. A ich doświadczenie stałoby się kapitałem intelektualnym nowej Białorusi.

– Sądzi Pan, że rzeczywiście by wrócili? Mówi się, że do dobrego szybciej się przyzwyczaja, a wrócić na Białoruś, to znaczy budować ją od nowa. 

– Myślę, że by wrócili. Za przykład mogę podać Polskę. Gdy po 1989 zmieniła się sytuacja polityczna i Polska stałą się krajem demokratycznym, czyli mówiąc dosłownie, do kraju wróciła normalność – wówczas wielu młodych ludzi, którym udało się zrobić karierę za granicą, wróciło. Oczywiście nie wszyscy, niektórzy pozostali za granicą. Dobrym przykładem takiego powrotu jest Radosław Sikorski. Wyjechał i zrobił karierę jako korespondent, wrócił do Polski i tam zrobił karierę jako polityk. Dziś jest ministrem spraw zagranicznych. Sądzę, że wielu z tych, którzy wyjechali z przyczyn politycznych chcieliby wrócić na Białoruś.

– Mógłby Pan w każdej chwili wyjechać do Polski, dlaczego Pan tego nie robi?

– Urodziłem się tutaj, tu są pochowani moi przodkowie, dokąd mógłbym stąd pojechać? Nawet nie chciałem wyjeżdżać. Po prostu nie dostrzegałem powodów by to robić. Nawet bez względu na sprawę karna, którą wobec mnie wszczęto. Gdybym chciał, wyjechałbym wcześniej. Gdy pojawiła się groźba odsiadki na kilka lat, okazja by to zrobić stała się jeszcze bardziej uzasadniona. Pomyślałem jednak wtedy, że wyrok prędzej, czy później będzie miał swój koniec, a wyjeżdżać i przebudowywać całkowicie swoje życie – to może odcisnąć permanentne piętno. Dlatego zostałem. Jestem elementem “tutejszego” białoruskiego krajobrazu. Na Grodnieńszczyźnie jest nawet wieś Poczobuty. Zatem jestem przywiązany geograficznie, historycznie i moralnie do tej ziemi i tutaj czuję się u siebie. To dla mnie bardzo ważne.

– Więźniowie polityczni składają się dziś głównie z młodych, w wieku do lat 31. Ostatnia głośna sprawa, to wyrok na Andreja Hajdukowa – 1,5 roku kolonii karnej. Jak Pan sądzi, czy podobna sytuacja to znak, że władza boi się młodego pokolenia Białorusinów?

– Nie kreśliłbym takiej linii pokoleniowej. Choć jeśli uwzględnimy fakt, że krajem rządzą emeryci, wszystkie ważne funkcje realizują osoby w wieku emerytalnym, lub przedemerytalnym i elita białoruska starzeje się wraz z Aleksandrem Łukaszenką, to można by stworzyć teorię o konflikcie pokoleń. W istocie konflikt ten nie opiera się na różnicy pokoleniowej, ponieważ to konflikt władz z ludźmi posiadającymi własne zdanie i nie bojącymi się go wyrażać. By kontrolować wszystkich, trzeba społeczeństwo utrzymywać w strachu, z czego władza korzysta – aresztuje aktywistów, wszczyna i nagłaśnia sprawy karne. Zadaniem takich metod jest nie tylko ukarać i zneutralizować konkretnych ludzi, ale i zastraszyć wszystkich pozostałych poprzez organizację procesu pokazowego.

Jest jeszcze inna kwestia. Reżim Łukaszenki nie stosuje szczególnie okrutnych metod, w porównaniu z innymi dyktaturami, generalnie nalezą one do względnie łagodniejszych. To nie Chile, nie Pinochet, nie ma u nas masowych rozstrzeliwań. Mimo to społeczeństwo udało się dość szybko zastraszyć. To nie zasługa Łukaszenki, to raczej pytanie do społeczeństwa białoruskiego. W Białorusi wystarczyło kilka indywidualnych represji, by zastraszyć cały naród.

Nadal jednak obserwuję sytuację w kraju z optymizmem, ponieważ jak sądzę, szczyt panowania reżimu Łukaszenki mamy już za nami, teraz wszystko idzie z górki. Władza się mocno degraduje, więc zmiany czekają nas wcześniej, lub później.

Dam tu przykład lutowej sytuacji w Rosji. Rewolucyjne wydarzenia zaskoczyły dwa ośrodki, które z definicji powinny być poinformowane w pierwszej kolejności: ochranę, rosyjską specsłużbę i rewolucjonistów. Teoretycznie, ośrodki te orientowały się w sytuacji najlepiej, ostatecznie jednak ani jedni ani drudzy się nie przygotowali. Coś takiego może się zdarzyć i w Białorusi, stąd władze reagują nerwowo na każdy objaw wolności, nawet jeśli nie płyną z tego żadne jawne zagrożenia. Lokalna sytuacja może prowadzić do ruchów tektonicznych w społeczeństwie i destabilizować sytuację – i tego właśnie boi się władza.

– Uważa Pan, że tylko rewolucja potrafi zmienić reżim w państwie?

– Łukaszenka jako polityk przetrwał pierestrojkę, gdy reżim autorytarny podlegał wewnętrznym transformacjom, które doprowadziły do jego zawalenia się. Łukaszenka ma ten syndrom polityka z pierestrojki i boi się on powtórki sytuacji z lat 90-tych, gdy reformy doprowadziły władze do upadku. Dlatego nie liczę w Białorusi na pierestrojkę. Ani na pierestrojkę, ani na inne zmiany. Przez co pozostaje nam albo przewrót pałacowy, albo rewolucja. Niekoniecznie w wersji siłowej. Nie wierze w reformę systemu, o której tak wiele dziś się opowiada.

– Co zatem robić mają młodzi i utalentowani, którym nie podoba się obecna sytuacja – protestować, ryzykować drogę polityczną by coś zmienić, by potem dać się zamknąć, czy dostosować się do okoliczności? 

– Każdy decyduje za siebie, uwzględniając to, co dla niego najważniejsze. Najważniejsze to właściwie ocenić swoje siły. Nie jest dobrze trafić do więzienia i tam przekonać się, że nie jest się do tego doświadczenia gotowym. Próby zmiany sytuacji tego rodzaju mogą zniszczyć życie człowiekowi i samego człowieka. Dlatego najważniejsze, to znać własne siły i wiedzieć czego się chce. Jeśli czuje się własne możliwości to nadal trzeba jeszcze odpowiednio pokierować swoim zachowaniem w sytuacji zagrożenia więzieniem. Jeśli brak ku temu gotowości, to po co się tam pchać?

Władzę mamy dość surową. Wynika to ze sposobu jej organizacji: Łukaszenka zbiera urzędników na posiedzenie i tam zaczyna im myć głowy i przestawiać. Tamci trzęsą się, notują coś tam, a to wszystko relacjonuje telewizja. To znaczy, że tych urzędników poniża się w sposób skrajny. Po tym fakcie urzędnicy ci wracają na swoje stołki, zwołują posiedzenia i zaczynają pomiatać swoimi podwładnymi. A naród siedzi przed ekranem i korzysta z rozrywki – wesoło, że hej!

Ta fala dociera potem do indywidualnego robotnika, który dostaje w tyłek od dyrektora, który oberwał wcześniej od gubernatora, itd. Kiedy dochodzi to do zwykłych ludzi, tym przestaje się to podobać i urzędnicy znów stają się „źli”. Ludzie na stanowiskach się boją i dlatego gotowi są do różnego gatunku podłości. Jeśli ich połamano, gotowi są łamać innych. Jeśli urzędnik komuś kłania się w pas, oznacza to, że będzie szukać kogoś, kto i jemu się ukłoni.

– Na Pańskiej stronie na facebooku, w komentarzu pod zdjęciem, które zwyciężyło konkurs Belarus Press Photo 2013 napisał Pan, że więzienie wypełnione jest emocjami. co Pan miał na myśli?

– Tak rzeczywiście jest! Człowiek trafia tam najczęściej w stanie ogromnego stresu. Wyrwany z normalnego życia, ze swoich przyzwyczajeń. Najpierw trafia do aresztu tymczasowego, gdzie jest jeszcze nadzieja na zmianę kwalifikacji czynu. Wtedy okazuje się, że jednak nie. Trafia do więzienia, a tam zaczyna się dla niego całkowicie inne życie. Niezależnie od tego, czy to urzędnik, czy biznesmen. Miał on określony status w społeczeństwie, był szanowany, mógł kimś tam kierować, a teraz trafia do sytuacji bycia nikim. swój autorytet musi budować od zera. Dla niektórych to naprawdę ciężkie przeżycie, zwłaszcza, gdy do niedawna byli wielkimi naczelnikami, czuli się kimś znaczącym. Niedawno u gubernatora bywali, a teraz ich naczelnikiem stał się jakiś sierżant.

W areszcie śledczym decyduje się o losie człowieka, czy pójdzie siedzieć i na ile. Człowiek musi tam wybierać jak ma się zachowywać, by znaleźć wyjście z sytuacji. Ja siedziałem z człowiekiem uznanym za kierownika zorganizowanej grupy jedynie dlatego, że nie chciał nikogo wydać. Odmówił ich wydania i dostał duży wyrok. Pomimo, że wprost mu mówili – jeśli zaczniesz mówić, wyrok skrócimy. A jeśliś taki dumny, to siedź po całości. Z drugiej strony, każdy wyrok się kończy, taki człowiek wyjdzie na wolność i nie będzie musiał bać się nikogo. Ci natomiast, co szukają dróg na skróty w podobnych sytuacjach, ci mają potem pod górkę. Przede wszystkim przez strach.

– Co Pana osobiście nauczyło więzienie?

– Wcześniej nie nosiłem zegarka na rękę. Po więzieniu kupiłem go sobie, bo przy aresztowaniu zawsze zabierają komórkę, a zegarek zostawiają. A zegarek pomaga czuć się lepiej.

Jestem już w takim wieku, że trudno mnie zmienić i wywrzeć na mnie jakikolwiek wpływ. Mam 40 lat, co takiego radykalnego może się zmienić w moim życiu? Psychicznie byłem przygotowany do odsiadki. Był to, rzecz jasna, stres, było ciężko, ale nie tak, by miało mnie to kardynalnie zmienić. Znam ludzi, którzy siedzieli za Stalina, przeszli stalinowskie śledztwa i tortury. Porównując z nimi, to spacerek, taka turystyka ekstremalna.

– We wrześniu zbierze się sąd by ponownie rozpatrzyć Pana sprawę karną. Czy czuje się Pan zakładnikiem?

– A ile można kimś takim się czuć? Wszczęli nową sprawę karną w trakcie odroczenia, znów pojechałem do grodnieńskiego więzienia. Zademonstrowali mi sugestywnie jak szybko to wszystko może się stać. Przekazali mi wtedy telewizor, który zostawiłem w celi jeszcze przez trzy miesiące. Wypuścili mnie, ale telewizora nie zabierałem. Szykowałem się, że może zmienią kwalifikację czynu i znów mnie tam posadzą. Ale jak znów przedłużyli mi wyrok postanowiłem jednak go zabrać. Okazało się, że słusznie.

Zaznajomiono mnie z materiałami mojego drugiego postępowania karnego, tego umorzonego w zeszłym tygodniu. Sprawę zamknęli w marcu, ale materiały mogłem zobaczyć dopiero teraz.

Co niezwykłe: sprawy karne były dwie, a oskarżenie to samo – obraza Łukaszenki, jedna zakończyła się wyrokiem, druga odmową wszczęcia postępowania. A przecież oba postępowania są jednakowe, jedynie drugą ze spraw kierowano z Mińska, gdzie prowadzono wszystkie ekspertyzy, skąd przywożono dokumenty, recenzje filmu na mój temat, spisane ręką zastępcy ministra spraw zagranicznych RB Kupczyny, itd.

Zatem są to dwie identyczne sprawy, z których każda ma inne zakończenie. Jasnym jest, ze jeśli powstanie konieczność, to i trzecią i czwartą i piąta sprawę rozpoczną. W końcu sprawiedliwość w moim przypadku nie realizuje się na płaszczyźnie prawnej, a politycznej. Zdaję sobie sprawę z tego, w jakim środowisku się znajduję.

– We wrześniu upływa termin zawieszenia Pana wyroku. Odbędzie się kolejny proces sądowy decydujący o Pana losie. Na jaki rezultat Pan liczy? 

– Gdyby to była normalna sprawa karnoprawna, to nie mam pytań – odroczenie mija, sprawę się umarza. Ale to nie jest normalna sprawa, a polityczna. To zawieszenie między celą a wolnością trwa już dwa lata. Można się przyzwyczaić. Zapomniałem już jak to jest siąść i dokądś pojechać. Poczucie bycia pod kontrolą odłożyło się już gdzieś w głowie. Przywykłem. Jeszcze w 2005 wszczęto przeciwko mnie sprawę karną, w związku tą sprawą ze związkiem Polaków. Śledztwo trwało dwa dni, miałem ograniczone prawo wyjazdu, oraz zakaz opuszczania kraju. Wtedy sprawa pozostałą bez wyroku. Co będzie teraz, tego nie wiem.

– Wobec powyższego, zapewne bardzo ważnym musi być wsparcie krewnych i przyjaciół, solidarność ze strony kolegów?

– Oczywiście. Myślę, że trudniej mają więźniowie polityczni spoza środowiska dziennikarskiego. Politycy, nie wiedząc czemu, nie wykazują się solidarnością wobec siebie wzajem. Zapewne ma to związek w postrzeganiu siebie jak rywali. Dziennikarze natomiast mają silny instynkt solidarności zawodowej. Dzięki niemu, jeśli jeden z nich ma kłopoty, natychmiast szeroko o tym się mówi. Kiedy można o tym przeczytać w gazetach, w Internecie, zaczynają się reakcje polityków. Moja sprawa jest tego przykładem. Dlatego dziękuję moim kolegom za solidarność.

belaruspartisan.org

 

Другие политические заключённые